rgb OKŁADKA

Opowiadanie o poznańskim kibolu poszukującym skradzionej bluzy patriotycznej.

Czas czytania: 55 minut (autobusem od pętli do pętli)

Pobierz na później: PDF EPUB MOBI

1.

Podmuchy grudniowego wiatru nie przeszkadzają mu iść w rozpiętej kurtce. To już nie tak mroźny miesiąc, jak w czasach jego dzieciństwa. Idzie spokojnym krokiem po nierównym chodniku. Jest spóźniony, ale papieros w ustach skutecznie zniechęca go do żwawszego tempa. Zresztą śpieszyć się nie ma co, to tylko jasełka, pewnie nawet lepiej, że nie obejrzy wszystkiego, grupka dzieciaków owinięta w prześcieradła.

Rafał zatrzymuje się przed wejściem do podstawówki. Dwa ostatnie pociągnięcia i rozsmarowuje peta na koszu na śmieci. Odchrząkuje, spluwa na ziemię. W odbiciu szklanych drzwi poprawia kaptur kurtki, przejeżdża dłonią po krótko ostrzyżonych włosach i wchodzi do środka.

Szkoła świeci pustkami, w tle słychać stłumione odgłosy przedstawienia. Na drugim końcu korytarza wyłania się chłopaczek o wątłej posturze. Przez chwilę wydaje mu się, że to Młody. Zmyla go bluza: orzełek na piersi, a na plecach podobizny powstańców wielkopolskich spowite czerwoną mgłą i napis „Cześć i chwała Bohaterom”. Jego młodszy brat najczęściej chodzi właśnie w takiej – sam mu tę bluzę kupił na urodziny. W pierwszym odruchu Rafał chce przybić z nim piątkę, ale ślamazarny sposób poruszania się chłopaczka podpowiada mu, że zwyczajnie uległ złudzeniu. Mijają się bez słowa.

W sali gimnastycznej panuje istny tłok, potworny zaduch. Rafał staje w przejściu i na tym się kończy, nie jest w stanie przebić się przez masę rozpromienionych rodziców. Spostrzega Młodego na scenie udekorowanej tonami krepy. Kuca przebrany za osiołka w stajence skleconej z kilku desek. Rafał macha mu z daleka, ale Młody najwidoczniej zbyt się stresuje swoim kucaniem, aby go zauważyć. Kuca tak konsekwentnie przez większość jasełek, pod koniec tylko wstaje na moment, żeby zaśpiewać „Bóg się rodzi”.

2.

Czeka na niego w głównym holu, rozgląda się po wnętrzu z pewną nostalgią. Uczęszczał do tej samej łazarskiej podstawówki. Tutaj pierwszy raz pobił się do krwi, tutaj pierwszy raz się całował, tutaj pierwszy raz poznał smak piwa. Trochę się śmiesznie złożyło, że i jego, i Młodego ominęła przyjemność chodzenia do gimnazjum, w takich dziwnych latach robili te całe reformy oświaty. W takich dziwnych latach ich matka znajdywała sobie nowych partnerów.

Cyprian pojawia się w holu. To prawdziwe imię Młodego. Rafał uważa, że to imię zwyczajnie frajerskie – zwłaszcza w zestawieniu z nazwiskiem, Cyprian Ciemny – ale nigdy nie powiedział tego głośno.

– Kucałeś lepiej niż niejeden żul spod Żabki – wita młodszego brata, ale od razu dostrzega, że musiało wydarzyć się coś niedobrego. Oczy zaczerwienione od łez, twarz zasmarkana, gluty spływające po kącikach ust. – Co się stało?

Młody pochlipuje, łapie hausty powietrza.

– Pobili cię? – zgaduje Rafał. – Wyśmiali? Powiedz tylko który.

– Ktoś mi ukradł bluzę.

Jego słowa uderzają niczym piorun, wzniecają pożar, rozświetlają umysł Rafała Ciemnego.

– Czy to była ta patriotyczna? – dopytuje jeszcze dla pewności.

– Ta…

Przed oczami staje mu filigranowy chłopaczek. Ta sama bluza. To nie mógł być przypadek. Przecież on wychodził od strony szatni, szedł w kierunku wyjścia. Chuderlawy taki, jedna kosa i szczęka rozbita o ziemię. Czemu go nie powstrzymał? Rafał zwrócił na niego uwagę, ale nie zrobił nic, nie domyślił się.

– Ja pierdolę – szepcze pod nosem. – Widziałem gnoja, mijałem się z nim na korytarzu.

– Uciekał? Czemu nie wyrwałeś mu tej bluzy?

– Miał ją normalnie na sobie, wydawało się, że to jego, ten sam rozmiar.

– Jak wyglądał?

– Podobny do ciebie… – Rafał zastanawia się. – Ale dziwnie chodził, robił długie kroki jak jakaś franca. To musiał być ktoś z twojej szkoły. Z kim masz kwasy największe?

Młody zastanawia się przez chwilę.

– Z takim Piżmakiem w sumie, Maksem… Kornelem… ale Kornel był pastuszkiem na jasełkach przez cały ten czas.

– Pokażesz mi zdjęcia klasowe i może skojarzę gębę.

W oczach Młodego błyska promyk nadziei. Łzy wysychają, policzki nabierają naturalnych barw. Kto jak kto, ale starszy brat nigdy go nie zawodzi.

– Tylko nie wspominaj nic matce, dobra? – prosi jeszcze Rafała. – Wiesz, że będzie zła, jak się dowie.

– Wiem.

3.

– I jak tam mój Piotr Adamczyk sobie poradził? – Matka wraca z pracy późnym wieczorem, zdejmuje płaszcz. Po chwili uchyla drzwi do pokoju Młodego i zastaje swoich synów pochylonych nad ekranem laptopa. Na stoliku pod oknem walają się szkolne fotografie.

– Cześć, mama – Cyprianek macha jej na przywitanie. – Trzeba było przyjść, to byś wiedziała, jak mi poszło!

– Skarbie, kupiłam ci dwulitrową Colę w ramach zadośćuczynienia.

– Kucał tak wiarygodnie, że naprawdę pomyliłem go z osłem – wtrąca się Rafał, nie odrywając wzroku od facebookowych zdjęć. – Aż dziw, że się od tego nie zesrał.

– Już czasami naprawdę mógłbyś się nie odzywać. – Matka podchodzi do Młodego i całuje go w czubek głowy. – Oglądacie fotki ze szkolnej wycieczki? Miałeś mi je pokazać dwa miesiące temu i się nie doczekałam.

– Rafał zobaczył dzisiaj moją wychowawczynię – tłumaczy pokrętnie Cyprianek. – Tak mu się spodobała, że chciał zobaczyć zdjęcia. Mówi, że ma duże balony.

Bezczelny dziecięcy chichot i oczy matki zataczające szerokie koła z zażenowania.

– Lepiej zostawię was samych.

– Ale Colę przynieś.

Ciągłe przebywanie z matką pod jednym dachem już od ładnych paru lat dręczy dumę Rafała. Ale tak już jakoś wyszło i na zmiany się nie zanosi. W rozmowach z kumplami podkreśla zawsze, że mieszkanie jest przepisane na niego, więc jak ktoś ma się wyprowadzić, to raczej nie on. Jego dziewczyna, Elizka, kilkukrotnie proponowała mu już, aby wspólnie wynajęli jakąś kawalerkę, ale on nawet nie chce sobie wyobrażać takiego scenariusza.

Przeglądają fotografie uczniów ze szkoły Młodego jeszcze przez godzinę. Udaje im się wytypować pięciu potencjalnych złodziei, ale żadna z kandydatur nie przekonuje Rafała w stu procentach. Zlewają mu się twarze, ci wszyscy gówniarze wyglądają zupełnie tak samo. Włosy krótko przystrzyżone na bokach, grzywka zaczesana na bok, wielki pokaz mody wśród małolatów. Już nawet nie potrafi odtworzyć w pamięci facjaty tego chłopaczka z korytarza, stracił jakąkolwiek pewność, wpatrywał się w zbyt dużą ilość zdjęć. Przypomina mu się jedynie tylko ten kaczy chód, ale tego na fotografiach oczywiście nie widać.

Przepełnia go frustracja i rozgoryczenie.

Miał kolesia jak na patelni, teraz musi siedzieć i kombinować.

– Idę spać – stwierdza, wypijając ostatni łyk Coli. – Ale przyrzekam ci, że jeszcze dojedziemy tego frajera.

– Słowo honoru?

– Słowo, kurwa, honoru.

4.

Monumentalna konstrukcja świątyni, tłumy wiernych, podniosła atmosfera.

Msza święta.

Kolejka ustawia się, aby przyjąć najświętszy sakrament, lecz Rafał z dumnie uniesioną głową nie rusza się z ławki. Jest jedną z niewielu osób, która z godnością potrafi zaakceptować fakt, że na łaskę uświęcającą swoimi czynami nie zapracował. Patrzy z pogardą na sąsiadów z bloku, na byłych znajomych ze szkoły, na handlarzy z rynku łazarskiego. Ich ścieżki splatały się już niejednokrotnie, niejedno usłyszał, niejedno zobaczył. Ten nie wypuszczał niewiernej żony z domu przez tydzień, ten niedawno spowodował stłuczkę po pijaku, ta jeszcze wczoraj sprzedawała trefny zestaw garnków za kilkaset złotych. Grzech na grzechu, bez szczerego postanowienia poprawy, a do komunii drepczą pokornie, jak nieskalane Matki Teresy czy inni święci. Rafał znieść umie wiele, ale hipokryzji nie toleruje.

Przeszywające ukłucie.

Teraz ją ujrzał. Stoi tam, zwrócona swą piękną buźką w kierunku ołtarza. Delikatne dłonie splecione, oczy czarne zamyślone, zadumane. Sandra, ta szmata, co go w liceum rzuciła przed samą studniówką. Dla jakiegoś fagasa z ulizanymi włosami, w okularach, zezowatego typa z płaskostopiem, co w Słowikach śpiewał. Jak mogła, ta suka, zrobić takie głupstwo, tak go upokorzyć na zawsze? Przecież wybrali już krawat i suknię w tym samym odcieniu fioletu, już miał bukiet róż zamówiony, cukierki Raffaello kupione i paczkę kondomów. Ta zdrada, ta zadra zostanie w nim i już nigdy się nie zagoi. Ta Sandra dupodajna, Sandra ladacznica, Sandra-srandra. Przeżuwa teraz ciało Chrystusa, taka święta, u boku sflaczałego męża, farmaceuty (jeśli wierzyć portalom społecznościowym, ona także w aptece pracuje). Dołącza do nich jej ojciec, również rozpływający się nad smakiem hostii. Następny wybitny element; całe osiedle wie, że dorobił się na sprowadzaniu fajek z Niemiec, ale jak trzeba popisać się swoją dobrodusznością, to na pieszą pielgrzymkę do Jasnej Góry zapisze się w pierwszej kolejności.

Wciąż to kłucie. Odwraca wzrok. Kochał kiedyś tak mocno i tak mocno został za tę miłość skarcony. Spogląda na swoją Elizkę, która w milczeniu wpatruje się w swoje tipsy.

Niech już odbębni się ta niedzielna wyprawa do kościoła.

5.

Monumentalna konstrukcja świątyni, tłumy wiernych, podniosła atmosfera.

Mecz Lecha Poznań.

Ze wszystkich mszy świętych na świecie ta jest najpiękniejsza. Wchodzi na trybunę kotła, wita się ze swoimi braćmi po szalu. Tutaj czuje się najlepiej, tutaj czuje prawdziwą moc. Wszystkim przyświeca jeden cel, nikt nie udaje kogoś, kim nie jest. Wrzuca dziesięć złotych do puszki na oprawy, a następnie wita się z Lizolem, kumplem z pracy, który od razu częstuje go buchem marihuany. Po przyjemnej chwili relaksu Lizol zaprowadza go pod płot, żeby zademonstrować transparenty, jakie przygotowano na mecz. „Stop milicyjnym mordercom z AT” wysprejowano na białym płótnie. Rafał oczywiście słyszał o akcji krakowskiej grupy antyterrorystycznej, w której zastrzelono jednego z kiboli Cracovii. Wybitnie go ta sprawa zbulwersowała i jak najbardziej popierał jakąkolwiek formę protestu. Psy to zaraza tego kraju, trzeba je wyplenić, wybić co do jednego. Na drugim transparencie widnieją wielkie litery ACAB i zesztywniała twarz policjanta. Gruby sznur oplata jego szyję.

Co znaczy ACAB? – Rafał nie spotkał się wcześniej z takim skrótem.

To takie nowe CHWDP – wyjaśnia Lizol.

Rafał potakuje ze zrozumieniem, choć nie rozumie.

Pamiętasz te czasy, kiedy pisało się HWDP przez samo H?

Nie, ja jeszcze szczeniak wtedy byłem.

Chłodne powiewy wiatru i mało atrakcyjny przeciwnik nie skłoniły do przybycia na stadion tylu ludzi, co zazwyczaj. Przyszli za to ci najwierniejsi, ci, którym naprawdę zależy. Atmosfera od początku więc sama się nakręca. Odczuć już można zbliżające się święta i obchody rocznicy wybuchu powstania. Na tę drugą okoliczność piłkarze wychodzą na boisku w asyście rekonstruktorów ubranych w historyczne mundury, na płotach zawisają kolejne transparenty: „Wielopolanie Powstańcom” oraz pomniejsze sztandary powstańcze. Rafał przypomina sobie o bluzie, którą skradziono Młodemu i spluwa na ziemię.

Razem z pierwszym gwizdkiem sędziego, a także przeszywającym gwizdem lokomotywy puszczanym z głośników, chłopaki w kominiarkach odpalają race na kotle, które układają w kształt krzyża. Minuta ciszy. Rafał prostuje plecy i zastanawia się, co on by zrobił, gdyby do jego mieszkania wdarła się ekipa antyterrorystów. Matkę z chorym kręgosłupem powaliliby na podłogę, Cyprianka załatwiliby jednym uderzeniem kolby, a on dostałby serię pocisków w klatkę piersiową. A może też rzuciłby się na policjanta z bronią?

Po chwili gniazdowy intonuje:

Zawsze i wszędzie…

Policja jebana będzie! – odpowiadają mu tysiące gardeł.

Od tego momentu doping idzie na pełnej petardzie. Uskrzydlona drużyna strzela dwie bramki, a kibice zdają się nie odczuwać zimna. Takie wieczory Rafał uwielbia najbardziej. Prawdziwa siła, wzajemne wsparcie, walka z systemem. Zapasy energii nagromadzone na cały tydzień. Zdarza się, że uderzają go myśli typu: „Kilkudziesięciu spoconych facetów ugania się za piłką, a ja to z jakiegoś powodu oglądam i zwalczam innych oglądających, którzy preferują spoconych facetów w innych kolorach koszulek, walczę w tej sprawie i gotów jestem przesiedzieć za to cztery-osiem”. Zdarzają mu się – każdy miewa przecież chwile słabości. Ale potem ponownie wchodzi na stadion, staje ramię w ramię z najlepszymi ziomkami i wszelkie wątpliwości znikają, gdy dostaje kopa adrenaliny przy wspólnych śpiewach. Bez tego nie da się żyć, to uzależnia jak najlepszy narkotyk.

Cały stadion razem z nami – zdzierają głosy, – wypierdalać z uchodźcami!

Mija chwila i do bramki Termaliki ponownie wpada futbolówka. Strzelcem gola zostaje Duńczyk, Gytkjaer, który tym sposobem zdobywa swojego pierwszego hat-tricka w ekstraklasie. Na trybunach zaczyna się prawdziwa świąteczna fiesta. Wszyscy wyciągają klucze z kieszeni i potrząsając nimi, niczym dzwoneczkami, wyśpiewują melodię „Jingle Bells”. Jeden z fanów, w zupełnej euforii, chodzi od kibica do kibica, dzieląc się z każdym świątecznym opłatkiem.

Dobrych, spokojnych świąt – mówią sobie nawzajem.

Żebyśmy mistrza zdobyli!

Mecz kończy się przyzwoitym zwycięstwem Lecha trzy do jednego. Szczęśliwi Rafał i Lizol opuszczają stadion, udają się w kierunku zatłoczonych tramwajów.

6.

Półki uginające się pod książkam, niewidzialne chmury kurzu, kartony walające się po podłodze.

Rafał przeciska się między paletami w stronę zwrotowni – pomieszczenia, w którym zwrócone z księgarń książki grupuje się, a następnie owija w brązowy papier. Powstałe w ten sposób paczki przenosi się później w odpowiednio przypisane miejsca w magazynie.

Gdzie mi znowu w telefon patrzysz? – Rafał opieprza Peda, który zamiast segregować zwrócone tytuły, pisze do kogoś wiadomość.

Ksywkę Pedo zyskał pierwszego dnia pracy, kiedy na zwrotowni trwała akurat zażarta dyskusja o prawa osób homoseksualnych do adopcji dzieci. Pedo jako jedyny uważał, że to słuszny pomysł – bo lepiej małolatowi w jakiejkolwiek rodzinie, niż w domu dziecka, argumentował – i tak jakoś przylgnęła do niego ksywka Pedo. Może i niesłusznie, ale wszyscy, łącznie z samym zainteresowanym, przywykli do tej ksywki i nikt już szat o to nie rozdzierał.

Młody chłopak szybko chowa komórkę do kieszeni i posłusznie zanurza się w stosie książek. Rafał podchodzi do Lizola, który robi sobie przerwę w pakowaniu dzieł Remarque’a i wpatruje się w rozkładówki Playboy’a rozwieszone na ścianie. Plakaty z gołymi babami w magazynie niestety skutecznie odwracają uwagę pracowników, a co ciekawe, najstarsze z nich datuje się nawet na połowę lat dziewięćdziesiątych.

Rafi, nie ma taśmiarek – Lizol oznajmia głośno, kiedy orientuje się, że Rafał znajduje się tuż za nim. – I flamaster mi się wypisał.

Nie przejmuj się tym teraz. – Rafał podaje mu plik dokumentów. – Bierz Mazola i rozwieźcie te tytuły po księgarniach w Poznaniu.

W magazynie pracuje również młodszy brat Lizola, technik elektryk, Mazol. Jakoś tak się złożyło, że ich ksywki brzmią podobnie. Wyglądają również całkiem podobnie, krótko przystrzyżone włosy, szerokie nosy, choć Mazol wyróżnia się parą okularów. Do klanu Żółciaków należy również, będący jeszcze w liceum, Kurwizol. On jednak charakteryzuje się śnieżnobiałą czupryną. Nie pozostało to niezauważone przez kolegów z osiedla – stąd taki, a nie inny przydomek, sugerujący rozwiązłość matki.

Zrządzeniem losu w zwrotowni pojawia się akurat Mazol, trzymając w ręku listę do inwentury. Dostrzegając Rafała, kiwa na niego dłonią i przyciszonym głosem ostrzega:

Szef przyszedł, uważaj. Chce z tobą pomówić.

Ach szef, no jasne. – Rafał udaje, że zupełnie go ta informacja nie rusza. – A ty wskakuj z braciszkiem do kangura i rozwieźcie paczki. Właśnie wręczyłem mu listę.

W dłoni Mazola lądują kluczyki do dostawczego renault kangoo. Rodzeństwo z zadowoleniem przerywa żmudne magazynowe zadania i udaje się do szatni po kurtki. Rafał natomiast zmierza do biura, w którym majaczą już siwe kędziory szefa wydawnictwa.

O, Rafał, dobrze, że cię widzę. – Prezes zachowuje się, jakby ich spotkanie było przypadkowe. – Mam pytanie. Wytłumacz mi, jak to jest, że klient do mnie dzwoni, poważny facet z poważnej hurtowni, i on z pocałowaniem ręki zamówi u nas pięćset sztuk Umberto Eco, a w mailu od ciebie widnieje informacja, że na stanie jest tylko trzydzieści?

Chodliwy autor, to i szybciej schodzi z magazynu – Rafał odpowiada niepewnie.

Już ja wiem najlepiej, że to jest chodliwy autor. Ale to nie koniec moich pytań. Wytłumacz mi, jak to jest, że ja sobie idę na piątkę, żeby to sprawdzić, wchodzę do środka i pierwsza paleta z brzegu, na którą natrafiam, to Umberto Eco od podłogi po sufit? Ponad tysiąc egzemplarzy.

Kropelki potu zaczynają pojawiać się na czole Rafała. Sięga po segregator z inwentarzem piątego magazynu, przegląda go nerwowo.

To niemożliwe – stęka. – Sprawdzałem to już wcześniej.

Znajduje właściwą rubrykę. Ciąg przekleństw prześlizguje przez jego zawilgoconą głowę. Wyraźnie zaznaczono, że w środku znajduje się tysiąc dwieście egzemplarzy.

A czy wiesz, że ten poważny facet z poważnej hurtowni zmienił już zdanie? – Szef spogląda Rafałowi głęboko w oczy. – Zamówi inne książki u Mariana, u konkurencji.

Przepraszam najmocniej…

Co mi po twoich przeprosinach?! – Właściciel wydawnictwa eksploduje złością. Jego twarz purpurowieje, pięści zakreślają wielkie koła w powietrzu. – Ponad dwadzieścia tysięcy złotych przeszło nam koło nosa! Z twojej pensji to ma iść? Po co ja w ogóle dawałem ci tę umowę o pracę? Mam ci zacząć liczyć, ile straciliśmy od kiedy przeszedłeś na etat?

Rafał nie potrafi myśleć o niczym innym, jak o tym, że każde słowo wykrzyczane przez szefa odbija się echem po całej hali magazynu. Słyszą je nawet szeregowi układacze książek, nawet Pedo zapatrzony w ekran telefonu. Skończony idiota. To Pedo w zeszły piątek sprawdzał dostępność tytułów Umberto Eco, to on przekazał mu informację, że zostało tylko trzydzieści egzemplarzy. Niby wszystko dokładnie sprawdził, niby się przyłożył. Jeszcze z nim pomówi, jeszcze się zemści. Każe mu ciągnąć paleciaka po oblodzonym chodniku przez cały dzień. Na pewno będzie mu dobrze szło w tych jego obszczanych, podziurawionych trampeczkach. Palce mu odpadną, kręgi mu powypadają.

Przepraszam, szefie! – Rafał staje na baczność. – Zostałem wprowadzony w błąd…

– A co mnie to obchodzi? – Prezes patrzy na niego kpiąco. – Daję ci ostatnią szansę. Jeszcze raz to się powtórzy i wylatujesz na zbity pysk.

7.

Skulony z zimna i rozdrażnienia przechadza się między sklepowymi półkami. Z głośników wydobywa się melodia amerykańskiego przeboju świątecznego, stoiska mamią błyszczącymi girlandami, złotymi dzwoneczkami. Nie może oprzeć się wrażeniu, że sztucznie podsycana atmosfera świąt wręcz zniechęca go do zakupów, nie mówiąc już o sprawianiu jakiegoś poczucia radości. Śnieg jak zwykle nie sypnął, na koncie jak zwykle posucha.

Jego wzrok przebiega po wystawionych produktach. W dziale z kosmetykami znajduje elegancko zapakowany zestaw do kąpieli przeceniony z osiemdziesięciu złotych na pięćdziesiąt dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć – w sam raz dla matki. Zaraz obok jakieś perfumy w miarę znanej marki – Elizka się ucieszy. W dziale sportowym udaje mu się wygrzebać piłkę Adidasa, dobry model, którym kopano na zeszłorocznym Euro – pokopie nim i Młody. To musi wystarczyć. Dorzuci do tego tradycyjnie kilka defów, to znaczy książek z defektami, które za darmo można zabrać z magazynu. Wszystko owinie w srebrny papier i rodzina będzie wysławiać jego hojność pod niebiosa. Tak mu się wydaje.

Po chwili staje w kolejce do kasy i zaczyna podpatrywać, co inni mają w wózkach: olbrzymie pudełka klocków Lego, telewizory, konsole do gier, mikrofalówki, stosy markowych ciuchów. Chwyta go coś za gardło, jakaś niewidzialna dłoń nie pozwala mu przełknąć śliny. Przez moment wydaje mu się, że łzy nalatują mu do oczu, ale to tylko złudzenie, przecież on nie zapłacze, nie będzie się nad sobą użalał. W takich momentach, kiedy czeka pół godziny, aby wydać niecałe dwieście pięćdziesiąt złotych na prezenty, czuje, że coś w jego życiu poszło nie tak, że nie urodził się tam, gdzie trzeba. Taki, jaki trzeba.

Gdyby tylko mógł sobie na to pozwolić, obdarowałby matkę od stóp do głów. Kochała go i kocha po prostu, i zawsze chciała dla niego najlepiej, nawet jak do jakichś scysji dochodziło, a tak się przecież zdarza w każdej normalnej rodzinie. Pamięta, jak go zjechała od góry do dołu, gdy jako trzynastolatek wymknął się do kolegi, żeby obejrzeć finał Ligi Mistrzów. Po tym zdarzeniu nie zobaczył ekranu telewizora przez okrągły miesiąc, ale po latach uznał jej działanie za niezwykle wychowawcze. Tyle by jej teraz dał, zadbałby o jej zdrowie przede wszystkim. Wysłałby ją do jakiegoś luksusowego SPA na kurację albo najlepiej do Tropical Islands pod Berlinem. Wspaniały pomysł. Wziąłby tam też Młodego, spędziliby razem cudowny weekend. Matka nabrałaby wigoru w tamtejszych saunach, pewnie zniknęły by jej problemy z oddychaniem. Młody szalałby w basenach, miałby o czym w szkole opowiadać, a Elizka opaliłaby swoje jędrne ciałko, przyjemniej by się pieściło tak dobrze zadbaną skórę. Przyrzeka sobie w duszy, że do wakacji uzbiera odpowiednią sumę. Cztery tysiące powinny wystarczyć na kilkudniowy wyjazd.

Dwieście czterdzieści pięć złotych, dziewięćdziesiąt siedem groszy – chłodne słowa kasjerki świszczą niczym bicz smagający plecy. Sam go sobie ukręcił. Podaje kasjerce kartę płatniczą, trzymając brodę wysoko.

Może dla Młodego da się coś jeszcze wyskubać? Przypomina mu się jego zasmarkana minia. Przypomina mu się też, jakie jest jego największe marzenie: chciałby potrzymać racę na meczu. Tyle razy już o tym wspominał, kręcił go czerwony dym, światło rozbijające panujący mrok. Pirotechnika pobudza wyobraźnię dziecka lepiej niż jakiekolwiek zajęcia w lokalnym domu kultury. Ale Rafał zawsze tłumaczył mu, że jest jeszcze za mały. Za odpalenie racy można pójść do aresztu, odwiedzić sąd, zatańczyć pod „milicyjną” pałą.

Rafał opuszcza supermarket i zmierza na przystanek autobusowy. Do głowy wpada mu niespodziewany pomysł. Niedługo kibolska ekipa, jak co roku, przygotuje iluminację miasta z okazji rocznicy wybuchu powstania wielkopolskiego; race zapłoną wzdłuż ulic Poznania, tworząc spektakularny łańcuch ognia. W obliczu setek rozświetlonych rac policjanci pozostaną bierni. Nie będą przecież pakować nikogo do lodówek za świętowanie rocznicy powstania narodowego. A zatem pojawi się też szansa, aby spełnić marzenie Młodego. Gdy dowie się, że będzie mógł potrzymać racę w samym sercu miasta na rondzie Rataje, wprost popłacze się ze szczęścia.

Zmarznięty wsiada do autobusu w przekonaniu, że jednak zdarzają mu się przebłyski geniuszu.

8.

Dzień ostatniej szansy. Jutro uczniowie zaczynają ferie świąteczne, a szkoły zostaną zamknięte na cztery spusty. Rafał bierze wolne w pracy, uzbraja się w dwie paczki papierosów i termos ciepłej kawy. W pierwszej kolejności wita się z podstarzałą woźną, która pamięta go jeszcze z czasów, kiedy bił innych na korytarzach i bazgrolił mazakiem na murach. Ucina z nią krótką pogawędkę i wspomina, że musi odebrać młodszego brata. To zdecydowanie uśpi jej czujność i pozwoli mu na długie ślęczenie przed wejściem. Gdy tylko rozpozna ten ślamazarny chód rodem z cyrku, przejdzie za szczylem kilka metrów, wepchnie go w krzaki, skuje mu mordę, a na następnie odprowadzi pod samo mieszkanie i bluza znów wróci do prawowitego właściciela.

Siada okrakiem na barierce, zapala szluga i cierpliwie czeka.

Dzwonek.

Zgraja bachorów wypływa głównymi drzwiami. Niesłychany jazgot, przekomarzania. Cześć z nich czym prędzej oddala się od szkoły, chcąc zostawić ten cały syf za sobą, część zostaje odebrana przez rodziców, część przez dobrych kilka minut stoi jeszcze pod budynkiem, nie wiadomo po co. W każdym razie gnojka o krzywych girach nigdzie nie widać.

Następny dzwonek za czterdzieści pięć minut. Rafał idzie za rząd iglaków, aby się odlać. Po chwili wraca na posterunek i ogląda coś bez celu w telefonie. Kawa już dawno zrobiła się zimna, wyrzuca tekturowy kubeczek do kosza. Czeka.

Pod szkołę podchodzą kolejni rodzice. Jak on wyglądają na zanudzonych, zniecierpliwionych. Do rozpoczęcia kolejnej przerwy pozostaje minuta. Uwagę Rafała przykuwa niskiej postury chłopak z piłką w rękach, który pojawia się w gronie oczekujących. Nabiera solidnych podejrzeń, że to jego właśnie szuka, ale dzieciak nie rusza się, nie robi żadnych kroków. Trudno mu ocenić sytuację. Wszystko pasuje: chuda sylwetka, włosy zaczesane na bok, z daleka do złudzenia przypomina Młodego. Potrzebny mu tylko ostateczny dowód.

Dzwonek. Główne wejście ponownie otwiera się z hukiem, uczniowie zalewają plac przed budynkiem. Podejrzany typek niknie na moment w chmarze gówniarzerii. Rafał podnosi się z barierek, rozgląda się uważnie, szukając go wzrokiem. W tym momencie dostrzega jego kaczy chód, nogi dziwnie zginające się w kolanach.

– Mam cię, pizdo jebana – mówi do siebie.

Złodziej bluzy prowadzi ożywioną rozmowę z dwoma przyjaciółmi, co jakiś czas kozłując piłkę o ziemię. Zmierzają w górę ulicy. Rafał przyśpiesza kroku, zaciskając pięści w kieszeniach. Zajdzie go od tyłu, powali na ziemię. Reszta jego ziomeczków, ucieknie w popłochu albo stanie sparaliżowana. Kopniak w splot słoneczny i buła na ryj powinny załatwić sprawę. Klient zwinie się w kłębek i zgodzi się na każdą współpracę.

Trzy kroki, dwa, jeden…

Przed grupką dzieciaków na chodniku zatrzymuje się czarny mercedes. Rafał ma już przeprowadzać swój atak, ale w ostatniej chwili orientuje się, że w samochodzie musi znajdować się ojciec jednego z nich. Drzwi otwierają się. Chłopaczki wchodzą posłusznie jeden za drugim. Mimo zaskoczenia, Rafał nie traci rezonu. Pośpiesznie wyciąga komórkę z kieszeni spodni. To jedyne rozsądne wyjście. Udając, że właśnie otrzymał pilną wiadomość, unosi telefon nieco wyżej i robi gówniarzowi serię zdjęć zanim jego twarz znika za przyciemnianą szybą mercedesa.

Auto odjeżdża, zostawiając głębokie ślady opon na oszronionym trawniku.

9.

– To taki Artur, kuzyn Tabaki z mojej klasy – stwierdza Młody ochrypłym głosem, wpatrując się w fotografię wykonaną przez Rafała. – Nie chodzi do naszej szkoły, ale razem z Tabaką trenują w Poznaniaku i wspólnie jeżdżą na treningi. Widziałem go kilka razy u nas w budzie, zapraszają go też często na imprezy urodzinowe.

– Gdzie on mieszka?

– Nie na Łazarzu, nie wiem.

Młody odchrząkuje, zielona flegma ląduje na chusteczce. Rafał wzdycha ciężko, jego też coś drapie w gardło, ale to raczej irytacja.

– Idę teraz po choinkę do supermarketu – oznajmia twardym głosem. – Masz zadzwonić do tego tam Tabaki i wyciągnąć wszystkie informacje. Jak wrócę, masz mi powiedzieć, gdzie ten typek mieszka, co to za rodzina, gdzie chodzi do szkoły i przy jakich pornolach najczęściej trzepie kapucyna.

– Ale…

– Wychodzę!

10.

Wieczór wigilijny, ulica Strusia.

Wtaszczona przez Rafała choinka została pięknie przyozdobiona przez Młodego. Przez ostatni tydzień matka praktycznie nie wychodziła z kuchni, pokasłując co jakiś czas w tumanach mąki. Przez szparki w drzwiach jednym razem wydostawał się zapach ryby, innym razem zapach piernika. Wysiłek opłacał się. Jej młodsza siostra, ciotka Weronika, która przyjechała z mężem Sebastianem i dwiema córkami mniej więcej w wieku Cyprianka, pieje z zachwytu nad jej zdolnościami kulinarnymi.

Matka promienieje szczęściem, nakładając każdemu na talerz, zgodnie z wielkopolskim zwyczajem, ziemniaki. Dziewczynki kręcą się łapczywie wokół prezentów. Z niecierpliwością w oczach zerka pod choinkę również Młody, który siedzi rozchorowany, co chwilę głośno pociągając nosem. Rafał dokłada sobie kapusty z grzybami i co jakiś czas sprawdza godzinę. Zastanawia się, kiedy dołączy do nich Elizka, spędzająca obecnie wigilię ze swoimi rodzicami. W tle włączono transmisję świątecznego koncertu Golec uOrkiestra z wyciszonym głosem.

Gdzieś ty się tak urządził, młodzieniaszku? – wuj Sebastian zwraca się do Młodego, nalewając sobie jednocześnie wódki do kieliszka.

Przez tydzień bez bluzy latał po dworze – odpowiada za niego matka. – Zgubił jedyną porządną bluzę i nic mi nie powiedział.

O, Chryste Panie! – odzywa się ciotka Weronika. – Gdzieś ty tę bluzę zgubił?

W szkole zgubił w szatni po WF–ie! – ponownie odpowiada matka. – Wierzyć mi się nie chce.

Może kto ci ukradł? – sugeruje rozweselony wuj Sebastian i szybkim ruchem wychyla zawartość kieliszka. – Za moich czasów to lepszej metody na wystrojenie się przed balem nie było.

Zgubiłem – odpowiada twardo Młody, zasłaniając usta przed kaszlnięciem.

Idź się, dziecko, połóż lepiej. – Matka kładzie rękę na czole syna. – Całe święta na antybiotykach.

Po prezentach pójdę.

Prezenty dopiero, jak Elizka przyjdzie.

Zanim ona przyjdzie to my tu pod siebie zaczniemy robić – wtrąca się Rafał. – Nie ma co na nią czekać.

Tak! Prezenty! – odzywają się dziewczynki.

Dobrze, niech będą te prezenty! – daje za wygraną matka, mając na uwadze zdrowie Cyprianka.

Córki Weroniki rozpoczynają rozdawanie upominków. Podłoga zamienia się w basen podartych papierów. Rafał otrzymuje długopis Lecha Poznań (zapewne od Młodego), butelkę Jacka Danielsa (zapewne od Weroniki i Sebastiana) oraz książkę księdza Kaczkowskiego „Życie na pełnej petardzie”.

To ode mnie – mówi matka, kładąc dłoń na jego ramieniu. – Podobno jest wspaniała.

Dziękuję – odpowiada automatycznie Rafał. Książka może i dobra, ale jego matka najwyraźniej wciąż musi uważać jego życie za pasmo porażek. Takie prezenty po prostu rzuca się w kąt.

A co to? – dobiega go ochrypły głos Młodego.

Jego brat, klęczący przy choince, trzyma w ręku czerwoną laskę z zaworkiem na jednym końcu.

Nigdy czegoś takiego nie widziałam! – wykrzykuje ciotka Weronika.

No jak, nie wiesz, co to jest? – Rafał mruga do brata porozumiewawczo.

Zamglone dotychczas oczy Młodego rozbłyskują pełnym blaskiem.

Raca! – Cyprianek unosi wysoko ręce. – Zabierasz mnie na mecz?

Nie do końca – wyjaśnia Rafał. – Odpalisz tę racę ze mną na obchodach powstania.

Mowy nie ma! – wtrąca się matka. – Gdzie on na jakie obchody? To za trzy dni, a przecież on ledwo chodzi!

Mamo, proszę! – Młody składa dłonie w błagalnym geście.

Oczy Cyprianka zalewają się łzami, jego twarz purpurowieje. Chwilowy entuzjazm zostaje zastąpiony absolutną rozpaczą. Nie ma nic gorszego, niż gwałtownie stłamszona nadzieja.

Nie odstawiaj mi tutaj żadnego cyrku! – Matka pozostaje niewzruszona. – W szpitalu chcesz skończyć? Leżysz w łóżku do sylwestra, kropka.

Weź, ciotka, nie bądź taka. – Wuj Sebastian poklepuje ją po plecach. – Następna rocznica za rok dopiero, a to i historii uczy, i widowiskowo wygląda. Potem to w telewizji na całą Polskę pokazują. Swoją drogą czas na słodkie.

Jeszcze ty mi się tu będziesz wtrącał? Już chyba jednego za dużo dzisiaj wypiłeś.

Smutne spojrzenie Cyprianka wędruje w stronę Rafała, który bezradnie rozkłada ręce. Starszy brat tym razem nie staje po jego stronie.

Matka i zdrowie to dwie najważniejsze rzeczy w życiu. Sorry, nie ma innego wyjścia. Kiedyś zrozumiesz takie zakazy, jeszcze nam podziękujesz.

Młody demonstracyjnie rzuca racę pod buty Rafała, krzyżuje ręce, wlepia wzrok w podłogę. Niezręczną atmosferę przerzedza dopiero chrobot otwieranych drzwi, dochodzący z korytarza. To musi być Elizka. Rafał wstaje, aby ją przywitać. Witają się czule. Całuje ją w zimne wargi, chwyta za ciepły pośladek. Elizka wygląda odświętnie: rzęsy grubo podkreślone czarnym tuszem, brokat pod oczami, różowa szminka na ustach. Postarała się. Zdejmuje zimową kurtkę i wchodzi do salonu, aby przywitać się z gośćmi. Dostrzega, że prezenty zostały już otwarte.

Chyba aż tak się nie spóźniłam, nie?

Poczekaj, dam ci coś do siedzenia. – Rafał wymyka się szybko do kuchni i wraca z taborecikiem. – W sam raz na słodkie przyszłaś.

Gdy Elizka siada, nogi taboretu nie wytrzymują i rozjeżdżają się w przeciwne strony. W ostatniej chwili chwyta się blatu stołu i ratuje się przed upadkiem.

Jezus, nie ten taboret dałeś! – wykrzykuje matka. – Ten już od lat połamany.

Rafał pomaga swoje dziewczynie wstać na równe nogi.

Przepraszam! Usiądź na moim krześle – oferuje jej. – Ja postoję.

Nie, nic się nie stało – odpowiada Elizka. – Jak nie ma innych krzeseł, to ja postoję.

Nie no, siadaj. Weź moje krzesło. Ja postoję.

Nie, nie przejmuj się. I tak się spóźniłam.

Weź moje krzesło i nie pajacuj, proszę.

Elizka obdarza Rafała surowym uśmiechem. Orientuje się, że wszyscy zamarli w bezruchu i patrzą na nią, czekając na jej decyzję. Po chwili oznajmia:

– Ja chętnie postoję. Nie ma najmniejszego problemu.

11.

Poniedziałek, pierwsze święto. Pogoda dopisuje.

Matka z gośćmi wychodzi na spacer do parku Wilsona. Młody niezmiennie pozostaje w łóżku, ale umila sobie czas, grając na komórce. Rafał zamyka się w swoim pokoju i wybiera numer Lizola.

Siema, mordo. Jest frajer do dojechania.

O której mam się stawić?

Właśnie za to Rafał najbardziej ceni przyjaźń Lizola. Brak zbędnych pytań, brak wątpliwości. Pełne zaufanie i natychmiastowa zamiana słów w czyny.

To małolat – tłumaczy Rafał. – Zajebał bluzę Młodemu. Trzeba go postraszyć i ją odzyskać. Nic wielkiego. Koleś nazywa się Artur Szmid i mieszka w Koziegłowach.

Szwabskie nazwisko.

Będziesz miał samochód na jutro?

Nie. Siadła mi skrzynia biegów.

Rafał głośno przeklina. Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Na akcję do Koziegłów nie ma sensu wybierać się komunikacją miejską. Coś pójdzie nie tak, zrobi się dym i nie będzie można się sprawnie ulotnić.

– Masz dojścia do jakiegoś innego auta?

Po drugiej stronie słuchawki zalega cisza. Lizol odchrząkuje.

– Wiesz, stary, o czym myślę?

Rafał w ułamku sekundy domyśla się, o co chodzi Lizolowi. Nie do końca podoba mu się ten pomysł, ale lepszej okazji może już nie mieć. Od razu podejmuje dezycję:

– Jutro, jedenasta rano.

12.

– Myślisz, że pękła?

– Przecież chyba, kurwa, widzisz, że pękła!

Rafał z Elizką siedzą nago na łożku, wpatrując się w świeżo zużytą prezerwatywę. Dłubią przy niej palcami, sprawdzają. Elizka wygląda na wielce zatroskaną. Rafał próbuje zachować spokój, ale w głowie huczą mu słowa, które wypowiedział kiedyś jego kumpel w trakcie jednej z imprez na ogródkach działkowych: „Są trzy typy kobiet: te, na które wiecznie spoglądasz, te, które nigdy już na ciebie nie spojrzą i te, z którymi masz dziecko”. W tym momencie orientuje się, że z kim, jak z kim, ale z Elizką dziecka mieć nie chce. Orientuje się, że już dawno powinien był ją rzucić, że jej nie kocha, że w zasadzie nigdy nie kochał. Kusiła go jedynie swoim ciałem, nie mieli nawet wspólnych zainteresowań.

Poznali się na portalu randkowym Badoo. Pierwszy raz spotkali się u niej w mieszkaniu, podczas gdy jej ówczesny chłopak uczestniczył w zawodach pływackich na Termach Maltańskich. Chwilę po równoczesnym szczytowaniu uznali, że świetnie do siebie pasują i powinni spotykać się częściej. Przez pierwsze miesiące ich potajemne schadzki uzależnione były od rozkładu treningów pływaka. Wszystko zmieniło się, kiedy w koszu na śmieci znalazł on opakowanie po kondomach, które Rafał nieopatrznie wyrzucił dzień wcześniej. Doszło do wielkiego rozstania i wzajemnego obrzucania się wyzwiskami w internecie. Po jakimś czasie sprawa przycichła i siłą rzeczy Elizka z Rafałem zaczęli wspólnie wychodzić na randki czy do klubów ze znajomymi. Można powiedzieć, że tak rozpoczęła się ich miłość, choć w tym momencie Rafał zdaje sobie sprawę, że miłość to słowo za duże.

– Ale na pewno pękła?

– Ślepa jesteś czy co? – Rafał nie wytrzymuje i podkłada Elizce pękniętą prezerwatywę pod nos. Ta odchyla się z obrzydzeniem.

– Ja nie chcę mieć dziecka – mówi drżącym głosem. – Nie jestem chyba gotowa na takie przedsięwzięcie.

Duży haust powietrza, wyrównanie oddechu. Rafał próbuje się uspokoić, dokładnie przeanalizować zaistniałą sytuację.

– Wszystko będzie dobrze – mówi, głaszcząc dziewczynę po kolanie. – Są przecież takie tabletki „po”, które zapobiegają ciąży. Musisz wziąć najlepiej w ciągu dwudziestu czterech godzin po stosunku.

Elizka patrzy na niego nieufnie, jakby zastanawiała się, skąd on tak dużo wie na temat tego typu pigułek. Rafałowi od razu przychodzi do głowy, że takie pigułki muszą kosztować majątek. Ale on jest w stanie zapłacić każdą cenę, byle nie spłodzić dziecka z kobietą, z którą nie wiąże żadnej przyszłości.

– Przecież są święta – zauważa Elizka. – Skąd ja ci teraz taką tabletkę wytrzasnę?

– Zadzwoń do swojej lekarki rodzinnej.

– Czy ty zupełnie ocipiałeś? Mam zadzwonić do swojej lekarki, co mnie od dziecka bada i powiedzieć jej: „Siema, Stefa, daj mi domaciczne tabsy na wyrzyganie bachora, bo mój facet spierdolił sprawę i założył dziurawego kondoma”? Albo: „Sorry, że dzwonię w święta, ale mam ochotę sobie wyskrobać dzieciaka”? Przecież ona już na mnie normalnie nie spojrzy, jeszcze rozpowie wszystko po znajomych, ona taka jest.

– Dobra, ja jakoś załatwię te tabletki.

– Jak ty niby je załatwisz?

– Jakoś je załatwię, okej?!

Elizka przykrywa sobie usta dłońmi jakby właśnie odkryła najmroczniejszy sekret swojego mężczyzny, jakby nie dowierzała w to, co właśnie pomyślała. Zapowietrza się i wyszeptuje drżącym głosem:

– Chyba nie… chyba nie pójdziesz do tej suki?

Rafałowi odbiera mowę. Skąd Elizka na to wpadła? Najgorsze, że dokładnie to przeszło mu przez głowę. Sandra to jedyna osoba, pracująca w aptece, jaką zna i jego jedyna szansa na szybkie zdobycie tabletki „po”.

– Kochanie – próbuje ją uspokoić, – jakie to ma znaczenie? Najważniejsze, że pozbędziemy się problemu.

Od razu żałuje swoich słów. Trzeba było skłamać, powiedzieć, że przecież chodzi o kogoś innego.

– Cały czas cię do niej ciągnie, co? – Elizka przechodzi do ofensywy. – Tylko o niej myślisz, nawet w takim momencie! Ja już w ogóle się nie liczę! Jesteś po prostu podły.

– Elizka, nie możesz tak… – Zimny dreszcz przechodzi po plecach Rafała. – Chodzi mi o nas, o naszą obecną sytuację. Liczy się każda godzina.

– Wiesz co? – Elizka odwraca wzrok w kierunku okna. Na dworze panuje zupełny mrok, przez chmury nie przebija się najmniejsza gwiazdka. – Jak powiedziałam ci, że nie chcę dziecka, to miałam cichą nadzieję, że zaczniesz mnie do niego namawiać.

Oboje zamierają. W oczach Elizki pojawiają się pojedyncze łezki. Podnosi się z łóżka i staje naprzeciwko okna. Chowa twarz w dłoniach. Łezki zamieniają się w istną falę rozpaczy. Rafał podchodzi do niej, obejmuje ją od tyłu, głaszcze po ramionach.

– Wyluzuj, proszę – mówi szeptem. – Najpierw załatwię tabletkę, a potem o tym porozmawiamy.

– Co to za logika? – Elizka nie dowierza. – Najpierw się rozmawia, a potem podejmuje decyzje, ty chyba coś z mózgiem masz nie tak!

Rafał podnosi ręce wysoko, jakby nie chciał ich skazić roztaczającym się fetorem. Zaciąga spodnie na nogi, nakłada koszulę.

– Jak tak to ma wyglądać, to ja stąd spierdalam.

– Jest środek nocy.

– Raz mówisz, że nie chcesz dziecka, potem, że jednak tak. Kto tu ma coś z mózgiem? – Rafał puka się w głowę. – Dlaczego w ogóle chciałbym być z kimś takim, kto takie akcje odwala? O płodzeniu dziecka nie wspomnę.

– Dziecka nie chcesz, a do dymanka bez kondoma to pierwszy jesteś w kolejce!

– Przecież miałem teraz kondoma! Skąd miałem wiedzieć, że pęknie?

Trzaśnięcie drzwiami. Rafał zostawia Elizkę samą, zapłakaną, nagą. Wściekłą.

13.

Wtorek, drugi dzień świąt.

Trzy godziny do akcji.

Z oczywistych przyczyn Rafał nie zmrużył nawet oka. Otumaniony, roztrzęsiony wybiera się do jedynej otwartej apteki w okolicy. Po kilku minutach stania na ulicy w kolejce do okienka w drzwiach frontowych, zwraca się do farmaceuty, uważając, aby nikt inny nie podsłuchał ich rozmowy:

– Potrzebuję tabletki „po”. Zapłacę każdą cenę.

– Ma pan receptę?

– Od kiedy to jest na receptę?

– Od maja.

Ruch bezwarunkowy, reakcja naturalna. Pięść Rafała uderza w pleksiglasowe drzwi.

– W jakim ja kraju żyję?! – Rafał podnosi głos. – Przecież takie rzeczy normalnie powinny być w każdym Rossmannie.

– Muszę pana prosić o opuszczenie tego miejsca. – Aptekarz zachowuje profesjonalizm. – Zakłóca pan porządek.

– Człowieku, ty to masz na wyciągnięcie ręki w jednej z tamtych szufladek, a ja tego nie mogę dostać?

– Do widzenia.

Odchodzi wściekły na wszystkich w zasięgu wzroku. Wyciąga komórkę i próbuje dodzwonić się do Elizki. Za pierwszym razem połączenie zostaje odrzucone, za każdym kolejnym odpowiada mu jedynie skrzynka głosowa.

14.

Godzina zero.

Dociera na czas pod bramą magazynu. Lizol czeka już na niego ubrany w czarny, sportowy dres, popalając skręta trawki. Witają się uściskiem dłoni.

– Coś się złego stało? – Lizol zauważa rozdrażnienie w oczach swojego kumpla.

– Moja kobieta jest psychiczna.

– Spodziewałem się, czegoś bardziej odkrywczego.

Rafał spluwa na ziemię. Najchętniej zjeździłby teraz cały Poznań w poszukiwaniu dilera antykoncepcji awaryjnej, ale postanowił pomyśleć racjonalnie. Już jutro wydawnictwo zostanie otwarte po świątecznej przerwie i firmowy samochód nie będzie dostępny. Wyjazd do Koziegłów, rozmowa wychowawcza z Arturem Szmidem i powrót do magazynu nie zajmą więcej niż trzy godziny. Odzyskanie bluzy Młodego stało się dla niego punktem honoru, osobistą rozgrywką przeciwko wszechobecnej nieuczciwości. Zrobi to jak należy, a gdy odstawi samochód, skontaktuje się z Sandrą i poprosi ją o wypisanie recepty. W sytuacjach ekstremalnych należy szukać ekstremalnych rozwiązań. Perspektywa spotkania z byłą dziewczyną wywołuje w nim przedziwny dreszcz emocji. Elizka miała trochę racji, mówiąc, że wciąż go do niej ciągnie. Na bok odchodzą dawne kłótnie, wzajemne obrzucanie mięsem, pozostaje jedynie ten dreszcz emocji – ani pozytywny, ani negatywny, raczej związany z niepewnością. Rafał sam nie wie, czego się spodziewać. Sandra-srandra. W każdym razie jest przekonany, że jeszcze tego popołudnia zdobędzie pożądaną pigułkę i wręczy ją Elizce, która do tego czasu powinna ochłonąć i również pomyśleć racjonalnie.

Otwiera bramę tak, jak ma w zwyczaju robić to każdego poranka, gdy przychodzi do pracy. Rozgląda się dookoła, upewniając się, że nikt z pracowników nie pojawił się nieoczekiwanie w firmie. Po chwili zasiada za kierownicą renault kangoo, a Lizol zajmuje miejsce pasażera.

– Tak jest, kurwa! Robimy to! – Podekscytowany Lizol uderza pięścią lewej ręki w otwartą dłoń prawej. – Kapela najeżdża na wiochę!

– To dzieciak, pamiętaj o tym – uspokaja go Rafał. – Pukamy do drzwi i każemy mu oddać bluzę. To obcy teren, więc nie zakładam żadnej bijatyki.

– Stary, przecież Koziegłowy to jest Meksyk. Wjeżdżasz tam i zaraz możesz dostać w ryj. Trzeba być przygotowanym na wszystko. Zadzwoniłem do Mazola. Odbierz go z garażów po drodze, przyda nam się dodatkowa obstawa.

– Nie robimy żadnego gnoju, tak? – ucina stanowczo Rafał. – Sprawiedliwość jest po naszej stronie. Idziemy po swoje, odbieramy, co nasze i ulatniamy się na spokoju.

– Ale Mazola weź na wszelki wypadek. Wiesz, że chłopak ma IQ większe od nas dwóch razem wziętych.

Rafałowi trudno nie zgodzić się z Lizolem. Mazol zbierał dobre oceny w technikum elektrycznym i często hobbystycznie majstrował przy różnych urządzeniach. Raz udało mu się nawet skonstruować ekspres do kawy wkomponowany w obudowę komputera. Co więcej, krzepę miał jak wół. Od szesnastego roku życia regularnie trenował judo, potem przerzucił się na Muay Thai, aby ostatnio zainteresować się CrossFitem. Siłą rzeczy sport uzupełniał ćwiczeniami w pracy, gdzie przerzucał paczki z książkami z sektora na sektor.

– Poza tym on bardzo dobrze zna Koziegłowy – dodaje Lizol.

– Niby skąd? – Rafał przekręca kluczyk w stacyjce.

15.

– Znałem kiedyś jedną dupeczkę z Koziegłów.

Mazol siedzi rozłożony wygodnie na tylnym siedzeniu, wpatrując się z rozrzewnieniem na przesuwający się za oknem krajobraz. Oszronione drzewa lśnią w blasku nisko zawieszonego słońca.

– Dobra była? – pyta ubawiony Rafał.

W samochodzie zaczyna panować coraz luźniejsza atmosfera. Przyjaciele po kolei zwierzają się ze swoich najbardziej kompromitujących doświadczeń seksualnych, śmiejąc się przy tym donośnie. Rafał jednak decyduje się na przemilczenie wczorajszej wpadki z Elizką.

Po dwudziestu minutach dojeżdżają do Koziegłów, gdzie z pomocą smartfonu zabierają się za poszukiwanie bloku, w którym mieszka Artur Szmid.

– Przede wszystkim nie zatrzymuj się na ulicy. To może wzbudzić podejrzenia – radzi Lizol. – Zrób kółko, rekonesans. Najpierw musimy obczaić teren.

Koziegłowy, choć będące osobną jednostką administracyjną, przypominają raczej dodatkowe, doczepione do Poznania blokowisko. Wiele dróg wewnętrznych zakreśla półokręgi, dzięki czemu całe osiedle można przejechać bez wykonywania zbyt wielu zakrętów. Z tego samego powodu trudniej też się z niego wydostać na drogę główną, zwłaszcza komuś, kto nie mieszka tu na stałe.

Rafał prowadzi powoli, pozwalając swoim kompanom rozejrzeć się dookoła. W jednej z klatek dostrzegają trzech dresiarzy. Ogrzewają się żarem rozpalonych papierosów, żywo gestykulują. Mimochodem spoglądają na przejeżdżający samochód.

– Odwróć wzrok! – Lizol odchyla się od okna, udając, że szuka czegoś w skrytce. – Jedź dalej tym samym tempem!

Przez przejście dla pieszych przechodzi matka z kilkuletnim dzieckiem. Rafał zmuszony jest zatrzymać kangura, aby ją przepuścić.

– Patrzą na nas? – pyta nerwowo, powstrzymując się przed zerknięciem za siebie.

– Niech sobie patrzą – stwierdza Mazol, machając ręką lekceważąco. – Takie rzeczy trzeba rozgrywać naturalnie.

– Mają nie patrzeć! Jedź! – pogania Lizol.

Nikt nie odważa się sprawdzić, czy wciąż są obserwowani. Rafał rusza i skręca w boczną uliczkę zgodnie ze wskazaniami z telefonu. Okazuje się, że blok Artura Szmida sąsiaduje z budynkiem obstawionym przez lokalnych penerów. Szczęśliwie udaje mu się zaparkować w dogodnym miejscu – tuż przed chodnikiem prowadzącym do głównej bramy, z widokiem na symetrycznie rozłożone balkony. Wejścia do klatek schodowych znajdują się po drugiej stronie bloku. Za ich plecami rozpościera się już tylko pokryta błotem łąka, a nieco dalej las. Znaleźli się na samym skraju osiedla.

– Idę sam – oznajmia Rafał, odpinając pasy bezpieczeństwa. – W trójkę od razu wezmą nas za zadymiarzy. Zresztą tylko ja założyłem dzisiaj jeansy i wyglądam jak człowiek.

– Stary, to są, kurwa, Koziegłowy – powstrzymuje go Lizol. – Nie możesz iść sam.

– Idź i rób, co chcesz – mówi Mazol, otwierając drzwi auta. – Jak coś, będziemy w gotowości. Zajmę miejsce za kółkiem.

16.

Numer szesnasty. Rafał przyciska „jedynkę”, „szóstkę”, „dzwonek”. Odczekuje minutę, ale nikt z mieszkania Szmidów nie odpowiada. Ponawia próbę. Znów cisza. Rozgląda się dookoła niepewnie. Zauważa tych samych dresiarzy, którzy stali wcześniej pod sąsiednim blokiem. Teraz przemierzają plac zabaw, jakby śledząc jego poczynania, jakby wyczuwając woń przybysza z obcego osiedla. Rafał ma zamiar wycofać się, ale szczęśliwym zbiegiem okoliczności tuż przed jego nosem pojawia się staruszka, która szukając kluczy, niezdarnie przekłada reklamówkę Biedronki z ręki do ręki. Na ziemię spadają jej dwie pomarańcze.

– Pomóc pani? – Rafał schyla się po owoce. – Wniosę to pani na górę.

– Ależ nie trzeba, dziękuję! – broni się staruszka, ale Rafał chwyta już jej torby i zaczyna opowiadać historię, autentyczną zresztą, o swojej schorowanej sąsiadce z Łazarza, której swojego czasu codziennie wnosił pięciolitrowe baniaki wody na czwarte piętro. Z bliżej nieznanych mu przyczyn babcinka wolała kąpać się tylko w wodzie mineralnej i, jak wyznała przed śmiercią, dzięki jego poświęceniu pożyła parę lat dłużej.

Kątem oka dostrzega, że dresiarze zatrzymali się przy zabitej deskami piaskownicy. Brody uniesione wysoko, dłonie wbite w kieszenie. Rafał wchodzi na klatkę schodową i spokojnie zamyka za sobą drzwi. Mieszkanie numer szesnaście mieści się na parterze, ale niestety staruszka prowadzi go na samą górę.

– Pani wie, czy Szmidowie nie wyjechali gdzieś? – zagaduje. – Byłem umówiony.

– A co mnie obchodzą takie rzeczy? Ja do tych wścibskich nie należę.

Rafał zostawia torby pod drzwiami staruszki, która dziękuje mu niby serdecznie, ale jakby z pewną dozą podejrzliwości. W każdym razie kluczy na jego oczach z kieszeni nie wyjmuje, tylko czeka aż jej pomagier zejdzie nieco niżej.

Numer szesnasty. Rafał puka w drzwi kilkukrotnie, ale wszystko wskazuje na to, że w mieszkaniu nie przebywa żaden z lokatorów. Postanawia wrócić do samochodu, aby naradzić się z kolegami, co do dalszych działań. Jego uwagę zwraca jeszcze niewielki napis nabazgrany na ścianie korytarza: „Koziegłowy mówią nie kozojebcom”. Unosi brwi wysoko.

Przed opuszczeniem budynku, zgodnie z zaleceniami Lizola, sprawdza teren przez szybę w drzwiach. Dresiarze, stojący wcześniej przy piaskownicy, zniknęli.

17.

Stuka palcami o kierownicę, spogląda na zegarek. Zbliża się czternasta.

– Rafi, wchodzę – mówi Mazol, przecierając swoje buty z błota. – Bez kitu.

Rafał wzdycha rozdrażniony, nie odpowiada. Pomysł Mazola wydaje się szalony, ale faktem jest, że czekanie na przybycie Szmidów może trwać w nieskończoność. A on jeszcze dzisiaj musi załatwić tabletkę „po” od Sandry. Mazol zauważył, że okno mieszkania numer szesnaście zostało lekko uchylone. Wystarczy wdrapać się na balkon, przełożyć rękę przez szparę i otworzyć drzwi od wewnątrz.

– Stary, czy ty zdajesz sobie sprawę, że to regularne włamanie? – Nawet Lizol wydaje się zaskoczony planem swojego brata.

– Buty czyściutkie. – Mazol demonstruje wyczyszczone podeszwy. – Nie zostawię żadnych śladów. Poręcz balkonu znajduje się na wysokości okołu dwóch metrów, nawet nie będziesz musiał mnie podsadzać. Za nami pola i las, więc nikt mnie nie przyczai. Poza tym chodzi tylko o bluzę, prawda? Nie będę tracił więcej czasu. To żadna kradzież, po prostu odzyskujemy, co należy do Młodego.

Głos rozsądku podpowiada Rafałowi, aby powstrzymać przyjaciela. Kolejne spojrzenie na zegarek wystarcza mu jednak, żeby pozostać biernym. Mazol wydaje się pewny siebie, postawił przed sobą ambitne wyzwanie i zamierza mu sprostać.

– Na wysokości serca znajduje się orzełek powstańczy. – Rafał czuje, że tymi słowami daje swoje przyzwolenie na akcję. – Z tyłu wielki napis „Cześć i chwała Bohaterom”. Szukaj w pokoju, który mógłby należeć do dwunastoletniego chłopca.

– Się wie. – Mazol odchyla drzwi kangura.

Rafał w ostatniej chwili chwyta go za nadgarstek.

– Hej, stary… – odzywa się niepewnie. – Dzięki.

Mazol salutuje z uśmiechem. Wyrusza na samotną batalię niczym komandos, niczym bohaterski żołnierz AK. Wbrew negatywnym rokowaniom, wbrew przeważającym siłom wroga. Podejmuję decyzję ryzykowną, ale decyzję moralnie słuszną. To takim ludziom przypina się ordery w pierwszej kolejności.

Chłopak naturalnym krokiem, nie wzbudzając żadnych podejrzeń, podchodzi pod właściwy balkon. Nie ogląda się za siebie, tylko od razu wybija się wysoko, łapie poręcz, podciąga się i zgrabnie przerzuca swoje ciało na drugą stronę. Znika za plastikową osłoną. Lizol z Rafałem nerwowo monitorują okolicę, ale wszystko wskazuje na to, że wybryk Mazola pozostał bez świadków. Po chwili zauważają jego sylwetkę na tle okna. Wygina się w sposób ekwilibrystyczny, wsadza rękę w szczelinę. Nie może dosięgnąć wewnętrznej klamki.

– Brakuje mu z dwóch centymetrów – stwierdza Lizol.

Rafał zauważa ruch w oknie na wyższym piętrze. Falująca firana, zarys czyjejś figury.

– Kurwa, to ta staruszka – mówi, dysząc nienaturalnie.

– Przecież nie zobaczy stamtąd Mazola.

– Ale mnie może zobaczyć.

Staruszka otwiera okno i zapala papierosa. Strzepuje popiół do popielniczki stojącej na parapecie. Rafał zatapia się w siedzenie, próbując pozostać niezauważonym. Lizol przykrywa twarz dłonią, ale spomiędzy palców obserwuje swojego młodszego brata.

– Chwycił klamkę – relacjonuje. – Przekręca. Jest, kurwa, jest! Wchodzi do środka.

Rafał nie potrafi się powstrzymać – podnosi głowę, chce sam się przekonać. Mazol faktycznie przekracza już próg mieszkania i w geście zwycięstwa prezentuje podniesiony kciuk. Rafał odwzajemnia gest, ale mimowolnie spogląda na ostatnie piętro.

Oczy staruszki wlepione są prosto w niego.

18.

Mazol znajduje się w mieszkaniu Szmidów od dziesięciu minut. Od dziesięciu minut nie daje żadnego znaku życia. Staruszka dawno wypaliła papierosa i zamknęła okno, ale Rafała już nic nie jest w stanie uspokoić. Drażni go, że z ich perspektywy nie widać wejścia na klatkę schodową. Dobrze widzą jedynie bramę prowadzącą na drugą stronę budynku, za nią kawałek podwórka, ale to wszystko. Nikt nie powiedział, że wracający do domu państwo Szmid będą przechodzić w zasięgu ich wzroku; zaparkują gdzieś indziej, wybiorą inną ścieżkę i ani Rafał, ani obgryzający paznokcie Lizol nie będą o tym wiedzieć.

– Kurwa, coś jest nie tak – przeklina Lizol. – Za długo to trwa.

– Może mają psa?

Brat Mazola wierci się w fotelu.

– Dwie minuty i idę sprawdzić – oznajmia.

Mija kilkanaście sekund. Kilkanaście sekund absolutnej ciszy.

– Chuj, idę teraz – postanawia. – To mój brat. Co ja matce powiem, jak coś mu się stanie?

– Daj mu jeszcze moment.

– Idę. Czekaj z odpalonym silnikiem.

Lizol opuszcza samochód. Dystans do balkonu przemierza w sposób nad wyraz dekonspirujący – parę razy spluwa na ziemię, co chwilę obraca się na boki. Rafał przekręca kluczyk w kangurze. Muzyka włączonego radia momentalnie eksploduje z głośników. Szyby zaczynają drżeć, drżą i palce Rafała, który gorączkowo próbuje wyciszyć urządzenie. Lizol posyła w jego stronę piorunujące spojrzenie, puka się po czole. Muzyka ustaje. Rafał oddycha z ulgą.

Lizol wskakuje na balkon Szmidów. Ma zdecydowanie większe kłopoty z pokonaniem barierki niż jego młodszy brat. Po chwili ostrożnie podchodzi do drzwi i znika we wnętrzu mieszkania.

Miarowe rzężenie silnika, podmuch ciepłego powietrza z ogrzewania. Rafał siedzi na fotelu kierowcy mocno wysunięty do przodu. Obserwuje otoczenie w przekonaniu, że zaraz zobaczy braci Żółciaków z uniesionymi kciukami na balkonie. Nic z tych rzeczy.

Mija kolejne pięć minut.

W duchu wypowiada całą litanię przekleństw. Serce łupie mu niesamowicie. Nie tak to miało wyglądać, nie tak to zaplanował. W oknie staruszki ponownie dostrzega jakiś ruch. Zamiera. Firanki odchylają się. Tym razem twarz lokatora pojawia się tylko na ułamek sekundy, ale nie ma żadnych wątpliwości.

– To jeden z tamtych dresów… – wyszeptuje z niedowierzaniem.

Ogarnia go kompletna panika. Poznał kolesia od razu. Jego wąski ryj, jego szarą, zimową czapeczkę nie zaciągnięta do końca na odstające uszy. Stał wcześniej pod sąsiednim blokiem, stał przy piaskownicy.

– Kurwa mać! – wykrzykuje bezceremonialnie.

To nie może być przypadek, z pewnością wydarzyło się coś niedobrego. Lokatorzy musieli nabrać podejrzeń, komunikować się ze sobą, jedna wielka koziegłowska mafia. Natychmiast przypomina sobie, że w bagażniku znajduje się klucz do wymiany kół.

Wysiada z dostawczaka, zostawiając silnik na chodzie. Otwiera bagażnik i dobywa metalowego narzędzia. Dobrze leży w dłoni, dobrze się nim wymachuje. Czas odbić swoich kompanów, czas stanąć do walki. Gdy zamierza zatrzasnąć bagażnik, do jego uszu dociera przeraźliwy krzyk:

– Rafał!!! Ewakuacja!

rgb scena ucieczki

19.

Lizol wybiega z bramy. Bluzę ma rozdartą na przodzie, z nosa leci mu krew. Pędzi ile sił w nogach w kierunku samochodu. Potyka się o płytkę chodnikową, traci równowagę, ale tylko na moment. Za nim z bramy wybiega Mazol. Wygląda o wiele gorzej: siniaki na głowie, rozbite okulary dyndające na uchu, krew tocząca się z łuku brwiowego. Sprintem pokonuje kolejne metry, przyciskając do brzucha srebrzysty toster. Kabel odbija mu się od kolan.

Po piętach depcze im trzech rozsierdzonych, buzujących testosteronem penerów. Rafał waha się przez chwilę, czy stanąć z nimi do walki, czy od razu wsiadać za kierownicę. Decyduje się na wariant pośredni. Ciska w ich stronę metalowym kluczem. Zatrzymują się raptownie, zakrywają swoje twarze. Nie trafia żadnego z nich, ale Lizol i Mazol zyskują cenne sekundy, aby dopaść do drzwi auta i wskoczyć do środka. Rafał błyskawicznie zajmuje miejsce kierowcy, wybiera wsteczny bieg i dociska pedał gazu do podłogi.

Dresiarz o wąskim ryju podnosi klucz do wymiany kół, bierze potężny zamach i rzuca go prosto w kangura. Rafałowi nie udaje się wycofać pojazdu wystarczająco szybko i klucz z ogromnym hukiem rozbija przednią szybę, lądując na tylnym siedzeniu tuż obok przerażonego Mazola.

– Jezus Maria! – wydziera się Lizol, osłaniając się przed kawałkami szkła.

Gwałtowny skręt na wstecznym. Tył samochodu zahacza o inne stojące na parkingu auto. Alarm zaczyna wyć przeraźliwie na całe Koziegłowy.

– Spierdalamy!

Rafał rusza na oślep przed siebie. Byle szybciej, byle ulotnić się z tej przeklętej wiochy. Po chwili orientuje się, że zatacza koło i tak naprawdę nie oddala się od swoich napastników. Zauważa ich w bocznym lusterku. Huk kamieni uderzających o karoserię wypełnia wnętrze samochodu.

– Jak stąd wyjechać?! – krzyczy Rafał, ale żaden z jego kompanów nie ma zamiaru sprawdzać teraz trasy w telefonie.

Dostrzega inną ulicę po drugiej stronie jakiegoś placyku porośniętego zgniłą trawą i przecina go, boksując kołami w błocie. Jeszcze jedno uderzenie kamienia w dach auta. Ostatnie. Jakimś cudem udaje mu się wyjechać na ulicę Poznańską. Stąd powinien już sobie poradzić. Najważniejsze, że znajdują się poza zasięgiem koziegłowskich dresiarzy.

20.

Dojeżdżają do siedziby wydawnictwa po mozolnej podróży bocznymi drogami, starając się unikać patroli policji, starając się unikać zszokowanych spojrzeń innych kierowców, przechodniów. Kangur zostaje zaparkowany dokładnie w tym samym miejscu, na którym stał jeszcze tego ranka.

– Panowie, jeśli szef się dowie, to mamy przejebane – stwierdza Rafał.

– Chyba nie sądzisz, że nie zauważy rozbitej szyby? – Lizol wygląda na załamanego.

– Ale my nic o tym nie wiemy! Nic. – Rafał wciąż wierzy, że uda im się zamaskować swoją winę. Sama myśl o utracie pracy sprawia, że drętwieją mu ręce.

– Trzymamy się jednej wersji. – Do głosu dochodzi Mazol, który zatamował już sobie krwotok rękawem własnej bluzy. – Miałem dzisiaj nieoficjalny sparing Muay Thai, walczyłem z potężnym Ruskiem, który przyjechał do Polski na święta do swojej dziewczyny – ważne, żeby ustalić szczegóły. Znokautował mnie w piątej rundzie. Wy przyszliście kibicować i cały dzień spędziliśmy razem. Lizol ogarnie się do jutra. Przypudruje się trochę i nikt w pracy nie zauważy, że dostał w ryj. Samochodu nie ruszaliśmy, w ogóle nas tu nie było. Nie wiemy, dlaczego jakiś wandal wszedł na teren wydawnictwa i zdemolował auto.

Jego towarzysze przytakują z aprobatą. Rafał sięga na tylne siedzenie po klucz do wymiany kół, aby schować go z powrotem do bagażnika. Dopiero wtedy ma okazję uważnie przypatrzeć się Mazolowi.

– Na chuj ci ten toster? – Wskazuje palcem na srebrzyste urządzenie.

Mazol uśmiecha się z satysfakcją.

– Dobry toster, co nie? – wzrusza ramionami. – Nie znalazłem bluzy, to stwierdziłem, że chociaż toster zabiorę. Namiastka sprawiedliwości. Zaskoczyli mnie, jak byłem w kuchni. Musieli coś usłyszeć albo co. Broniłem się. Gdyby Lizol nie przyszedł z odsieczą byłoby naprawdę słabo.

Rafał nie potrafi uwierzyć w to, co się wydarzyło. Zaczyna mimowolnie rechotać, kręcić głową z niedowierzaniem. Zresztą całej trójce nie pozostaje już nic innego, jak śmiać się, zanosić się śmiechem.

21.

– Masz bluzę? – słyszy błagalny głos Młodego zaraz po wejściu do domu. Z jakichś powodów jego młodszy brat ubzdurał sobie ostatnio, że jeśli pokaże się matce w swojej najcieplejszej i do tego patriotycznej bluzie, tej zmięknie serce i pozwoli mu uczestniczyć w obchodach wybuchu powstania. Co chwilę podpytuje, co chwilę wyjaśnia, jaka to szansa.

Rafał nawet nie odpowiada, tylko zbywa brata machnięciem ręki. Zamyka się w swoim pokoju i bierze kilka głębokich oddechów. Zbliża się już siedemnasta, ależ ten czas pędzi. Czas najwyższy wykonać połączenie. Po tym, co przeżył dzisiejszego popołudnia, telefon do byłej dziewczyny nie wydaje się już niczym strasznym. Decyduje się na skorzystanie ze Skype’a w przeczuciu, że Sandra może nie odebrać, jeśli wyświetli się na jej komórce jego normalny numer.

Cztery długie sygnały. Zgrzyt i niepewny kobiecy głos:

– Halo?

Serce bije mu mocniej. Tak dawno nie wypowiedziała do niego żadnego słowa.

– Cześć Sandra… – przerywa na chwilę, aby przełknąć ślinę. – Poznajesz mnie?

– Rafał?

– Cześć… przepraszam, ja tylko na chwilkę, nie bój się…

– Cześć – odpowiada zaskoczona. – Co u ciebie?

Dziwi się, że już na wstępie nie zwyzywała go od infantylnego idioty.

– Wszystko dobrze, a u ciebie?

– Jakoś się żyje. Po staremu.

„A więc suka nie jest do końca szczęśliwa” przemyka przez głowę Rafała.

– Dzwonię do ciebie w konkretnej sprawie… potrzebuję pomocy. Nic wielkiego, nie przejmuj się. – Nie przemyślał dokładnie, jak w elegancki sposób poprosić o receptę na antykoncepcję awaryjną. – Pracujesz w aptece, prawda?

– Tak… w tej co zawsze.

Teraz. Teraz musi to powiedzieć:

– Potrzebuję receptę na tabletki „po”… dla Lizola. Pamiętasz go?

– A co, zaszedł w ciążę?

– Nie… cha cha… to żarcik, nie? Jego dziewczyna… taka nowa, nieważne.

Po drugiej stronie słuchawki następuje moment ciszy. Sandra wzdycha jakby z rozczarowania, a może z zakłopotania.

– Rafał, nie mogę – ucina krótko. – Nawet nie ma mnie w Poznaniu. Wyjechałam do Szczecina na święta.

– Masz jakiegoś znajomego farmaceutę tutaj? – Rafał nie daje za wygraną. W wyobraźni znów widzi siebie bezrobotnego, wydającego ledwo uciułane pieniądze na alimenty. – Dwadzieścia cztery godziny od stosunku miną już niedługo. Sytuacja podbramkowa.

– Poczekaj, jest taka strona… – Sandrze jakby coś się przypomniało. – Możesz sam sobie wydrukować europejską receptę. Oni to honorują w polskich aptekach. I te środki działają w ciągu siedemdziesięciu dwóch godzin.

– O, naprawdę? Ktoś wpadł na coś takiego?

– Tak, ludzie potrafią przechytrzyć każdy system. Poszukaj w internecie. Znajdziesz.

Rafał czuje, jak ogromny kamień spada mu z serca.

– Nawet nie wiesz, jak jestem ci wdzięczny. Tak mi dupę teraz uratowałaś…

– Czyli jednak chodzi o ciebie, a nie o kolegę.

– Nie… to znaczy… – Rafał orientuje się, że dalsze udawanie nie ma sensu. – Sandra, uwierz mi – ta lacha jest jakaś niezrównoważona.

– To tak jak wszystkie poprzednie. – Sandra stwierdza wesoło.

Przypada mu do gustu ten żart. Autoironiczny, z dystansem do siebie i najzwyczajniej zabawny. Elizka nawet nie zbliżyłaby się do takiego poziomu.

– Posłuchaj, może wyjdziemy na piwo, jak wrócisz…

– Nie – łagodnym głosem ucina Sandra. – Po prostu nie.

– Rozumiem… no cóż.

– Miło się rozmawiało.

Zgrzyt. Była dziewczyna rozłącza się. Jeszcze przez kilka minut Rafał trzyma komórkę w dłoni zupełnie oniemiały, wracając myślami do każdego wypowiedzianego przez Sandrę zdania. Wszystko wskazuje na to, że wciąż musi o nim myśleć, że pewnie coś do niego czuje. Pewnie żałuje, że się rozstali i to w tak obrzydliwych okolicznościach. Pewnie nawet chciałaby naprawić swoje błędy.

Rafał z całej siły uderza się otwartą dłonią w policzek. Czas wrócić na ziemię.

Włącza komputer i po wpisaniu odpowiednich haseł w wyszukiwarce odnajduje wspomnianą przez Sandrę stronę dla kobiet. Podaje odpowiednia dane, wybiera najpopularniejsze tabletki „po”. Na skrzynkę mailową otrzymuje potwierdzenie zarejestrowania prośby o receptę. W ciągu kilku godzin jakiś lekarz z Unii Europejskiej przypisze Elizce środki, dzięki którym Rafał przestanie się martwić o to, że zostanie ojcem.

Potem Rafał rozstanie się z Elizką. W sposób kulturalny acz stanowczy i nie pozostawiający złudzeń.

22.

27 grudnia 2017.

Dokładnie dziewięćdziesiąt dziewięć lat temu na ulice Poznania wyszli niemieccy grenadierzy. Zrywali z latarń flagi francuskie, brytyjskie, amerykańskie, polskie, deptali je, podpalali. Ostrzelali hotel „Bazar”, w którym wygłosił płomienne przemówienie Ignacy Jan Paderewski, wybitny pianista, polityk, patriota. W odpowiedzi Polacy sięgnęli po broń i w ciągu kilku tygodni wygnali zaborców z ziemi wielkopolskiej.

Zatapiając się w dudniące w słuchawkach, uliczne teksty Rycha Peji, Rafał obserwuje z okien tramwaju budzące się do życia miasto. Oczami wyobraźni widzi padających od strzałów żołnierzy Naczelnej Rady Ludowej, uciekających w popłochu żołnierzy Rzeszy Niemieckiej.

Wysiada na Junikowie i skulony z zimna idzie do pracy. Na telefonie zauważa, że przed kilkoma minutami otrzymał maila z receptą wystawioną przez francuską lekarkę z Angers. Gdy tylko dostaje się do swojego biura, zaciąga łańcuch na drzwiach i w pełnej konspiracji drukuje swój bilet do wolności. Zwitek papieru ląduje w tylnej kieszeni spodni. Po krótkim czasie po pomieszczeniu roznosi się pukanie.

– Widziałeś co się stało z furą?! – Wita go blady jak ściana szef.

– Co się stało? – Rafał udaje zaskoczonego.

Idą razem na parking. Prezes prezentuje mu rozbitą szybę kangura, jest bliski płaczu. Rafał ułożył sobie w głowie cały scenariusz rozmowy. Skieruje podejrzenia na lokalne dzieciaki, które nie raz zakradały się na teren magazynów, aby poskakać po dachach czy trenować parkour, różnie to się nazywa w dzisiejszych czasach. Szef otwiera boczne drzwi i wyciąga cegłę, rzekome narzędzie katastrofy.

– Myślisz, że to Marian? – pyta wprost.

Rafał patrzy na szefa osłupiały.

Kilkanaście lat temu szef założył wydawnictwo ze swoim wspólnikiem Marianem. Odnieśli sukces, ale ich drogi się rozeszły. Poszło o kwestie polityczno-kulturowe. Szef forsował wydawanie beletrystyki lewicującej, poradników psychologicznych, Marian uczepił się książek historycznych, utworów chrześcijańskich. Pewnego razu doszło do walki na pięści. Marian spakował swoje notesy, otworzył konkurencyjną oficynę i niegdyś kumple z jednej ławki przeobrazili się w największych wrogów. Na złość podsyłali sobie żałosne propozycje wydawnicze od pisarzy-amatorów, rekomendowali sobie nieudolnych stażystów, flamastrami zmieniali godziny spotkań autorskich na plakatach rozwieszonych w mieście.

– Marian jest zdolny do takich rzeczy – szef sam odpowiada sobie na pytanie. – Wkroczyliśmy w kolejną fazę wojny.

Rafałowi nie pozostaje nic innego, jak przytaknąć i wyrazić głęboki żal zaistniałą sytuacją. Proponuje, aby zadzwonić do ubezpieczyciela, a na czas wymiany szyby, wynająć inne auto. Kiedy obraca się, żeby wrócić z powrotem do biura, przed główną rampę do magazynu zajeżdżają dwa volkswageny golfy. Wysiada z nich łącznie pięciu mięśniaków w dresikach. Dwóch z nich trzyma kije bejsbolowe.

– Przeginasz pałę, Marian – zdumiony szef syczy przez zęby. – Jeszcze się doigrasz.

Na czoło delegacji wysuwa się pener o chudym ryju i odstających uszach. Szczerzy się wesoło, wiedząc, że element zaskoczenia działa na jego korzyść. Mierzy wzrokiem Rafała, który nie może uwierzyć, że dresiarze z Koziegłów w ogóle go namierzyli.

– Chciałbym poznać imię idioty – przemawia chudzielec, – który w biały dzień wjeżdża na nasz teren autem z wielką nazwą firmy, w której pracuje, a potem zwyczajnie okrada przypadkowe mieszkanie i wydaje mu się, że nikt go nie znajdzie.

Szef już pragnie pogrozić przyjazdem policji, ale nagle dociera do niego sens słów wypowiedzianych przez napastnika, który ściska mu gardło. Rafał, mimo fatalnego położenia, stara się zachować spokój:

– Po pierwsze to nie wyjeżdżaj do nas z mordą, prostaku ze wsi, po drugie ta cała sytuacja to nieporozumienie jak chuj.

– Nieporozumienie? – chudzielec podnosi głos. – Oddawaj toster, ty stara kurwo, albo zajebiemy cię tutaj na miejscu i tego siwego janusza, i wszystkich, kurwa, dookoła!

– Już tak się nie grzej. Mój kumpel, zwykły debil, wziął ten toster, nie wiem po co. – Rafał odwraca się do prezesa. – Niech pan czym prędzej leci po Mazola.

Zupełnie zdezorientowany szef przyjmuje polecenie od swojego podwładnego i wskakuje na rampę, aby dostać się do wnętrza magazynu. Rafał ociera pot z czoła.

– Ziomeczki, to był jego pomysł, tego kumpla. Ja tylko chciałem odzyskać bluzę, którą niejaki Szmid skradł mojemu młodszemu bratu…

Na rampie pojawia się zziajany Mazol. Twarz sina od wczorajszych ciosów wyraża zdecydowany brak chęci przyjęcia kolejnych. Zaraz za nim zjawia się zaaferowany Lizol.

– Toster mam na garażach – mówi Mazol bez większych emocji, poprawiając okulary. – Możemy natychmiast po niego jechać, oddam wam…

– Mazol? – Jeden z koziegłowskich dresiarzy wskazuje go palcem. – To ty?

– Remigiusz?

Nastaje dramatyczna cisza. Niczym dwaj krewniacy walczący po przeciwnych stronach frontu, Mazol i Remigiusz, obdarowują się rozpaczliwymi spojrzeniami.

– Coś ty odjebał, Mazol?

– Remi, myśmy tylko po bluzę jechali, przyrzekam.

– Panowie – Remigiusz zwraca się do swoich kumpli z Koziegłów, – przecież to Mazol, były chłopak mojej siostry. Pamiętacie te wszystkie pirackie gry?

Choć Rafałowi odbywająca się rozmowa trąca o absurd, ekipa penerów traktuje ją jak najbardziej poważnie. Ich groźne miny momentalnie łagodnieją.

GTA, Need for Speed, Red Dead Redemption, God of War – wylicza Remigiusz. – To on ściągał nam na bieżąco wszystkie odcinki Breaking Bad czy Belfra. To dobry ziomek, wysłuchajmy go chociaż zanim zrobimy tutaj totalny rozpierdol.

– Nie ma co zwlekać – stwierdza Mazol. – Jedźmy od razu na garaże, oddam wam toster i zapomnimy o sprawie.

– I jeszcze sobie gibona skręcimy – dodaje Lizol, zeskakując z rampy. – Jadę ze swoim bratem, nie puszczę go samego.

Nie czekając na powszechną akceptację swojej propozycji, Mazol otwiera drzwi od pierwszego volkswagena golfa i skinieniem palca zaprasza dresiarzy, żeby do niego dołączyli. Pierwsi wsiadają za nim Lizol oraz Remigiusz, reszta ekipy z lekkim wahaniem podąża ich śladem. Chudzielec o odstających uszach spluwa jeszcze ostentacyjnie pod nogi Rafała.

Odjeżdżają. Pięciu największych penerów z Koziegłów jedzie teraz z Mazolem i Lizolem na garaże. Rafał wpatruje się w samochody znikające za główną bramą. Jadą na garaże. Najwięksi chuligani. Wszyscy razem.

– Musisz mi parę rzeczy wyjaśnić. – Szef wydawnictwa dochodzi do siebie po zaistniałym incydencie i spogląda surowo na swojego pracownika.

– Nazwali mnie idiotą – odpowiada mu Rafał, – a sami są puści jak lampucery z Ratajskiego.

23.

Kierowca Ubera zatrzymuje samochód. Rafał, korzystając ze swojego telefonu, ocenia podróż na pięć gwiazdek i opuszcza auto.

Nieprzyjemna aura, zimowa mżawka, chłodny wiatr. Koziegłowy pokrywa bezkresna szarość, choć przynajmniej trudno jej się przypatrzeć, co chwilę coś lata prosto w oczy. Rafał mruży powieki, przyciska kołnierz kurtki do szyi i udaje się w kierunku dobrze mu znanej klatki schodowej. Liczy w głowie każdą minutę. Szacuje, że w najgorszym wypadku ma nad ekipą dresiarzy około dziesięciu minut przewagi. Jeśli nie wrócą z garaży prosto do Koziegłów będzie to nawet więcej. Na wszelki wypadek wysłał SMS-a do Mazola, instruując go, żeby grał na zwłokę najlepiej, jak umie.

Drzwi od klatki schodowej są otwarte na oścież. Ktoś najwidoczniej nie zamknął ich za sobą. Kilka susów na betonowych schodach i staje przed kolejnymi drzwiami.

Numer szesnasty.

Wyostrza zmysły, rozgląda się dookoła. Musi przygotować się na każdą ewentualność. Maca się po spodniach, upewnia się, że ma przy sobie swój roboczy nożyk. Jest gotowy. Jeśli jakiś bohater postanowi go zaatakować, to straci palce, zaliczy szramy na ryju, a blizny nie znikną mu do końca życia. Rafał bierze głęboki oddech, wypina pierś do przodu. I puka.

Ze środka dochodzi skrzypienie podłogi; powolne, ciężkie kroki. Zgrzyt zamka. Drzwi uchylają się na kilka centymetrów, zatrzymują się na długość metalowego łańcuszka. Ze szpary zerka na niego para podejrzliwych oczu, należących do mężczyzny około czterdziestki. Pierwsze oznaki siwizny malują się na równo przyciętych włosach. Do tego mocny zarost, przynajmniej tygodniowy, a między guzikami koszuli wystaje pępek.

– Słucham pana? – pan Szmid mamrocze nieprzyjemnie.

Rafał wie, że musi stłumić swoją gorycz, stłamsić drzemiący w nim gniew.

– Witam, nazywam się Rafał Ciemny – przedstawia się. – Ja w sprawie pana syna, Artura. Mój brat, Cyprian Ciemny, chodzi do podstawówki na Łazarzu, a pański syn był tam na jasełkach przed świętami. Mojemu bratu zaginęła bluza w trakcie tych jasełek i wszystko wskazuje na to, że to właśnie pański syn ma teraz tę bluzę.

Drzwi momentalnie zatrzaskują się przed czubkiem nosa Rafała. Staje oniemiały, ale szybko orientuje się, że pan Szmid zamknął je tylko po to, aby odbezpieczyć łańcuszek. Krótki, metaliczny stukot i mieszkanie państwa Szmidów staje przed nim otworem.

– Przepraszam – tłumaczy się mężczyzna, zapraszając go do środka. – Mieliśmy wczoraj włamanie, stąd te środki ostrożności. Niech pan zaczeka w korytarzu.

Pan Szmid znika w bocznym pokoju.

– Artur!!! – Jego tubalny głos wprawia ściany w drżenie. – Artur, chodź no tutaj!

Stłumiona rozmowa, odgłosy szamotaniny. Po chwili ojciec przyprowadza swojego niesfornego syna, szarpiąc go mocno za ucho. Rafał od razu rozpoznaje chuderlawego chłopaczka o krzywych nogach. To jego widział w dzień jasełek i potem pod szkołą.

– Klękaj! – krzyczy na Artura. – Klękaj, mówię!

Dzieciak wije się niczym węgorz, wyje z bólu, ale w końcu pada na kolana.

– Jeszcze raz mi powiedz, skąd tę bluzę patriotyczną wziąłeś, co? – pan Szmid dosłownie wychodzi z siebie. Sapie ogarnięty wściekłością, krople potu spływają mu po czole. – Od kolegi dostałeś, tak? Od kolegi?!

Rafał nie wie, jak zareagować. Mały Artur zalewa się łzami, nie potrafi wydusić z siebie słowa. Dostaje od ojca cios w głowę.

– Ukradłeś, cwaniaku, tak?! Co ja ci mówiłem? Co ja ci mówiłem na ten temat?! Masz natychmiast przeprosić. Całuj buty!

Pan Szmid chwyta swojego syna za bark i podciąga go pod stopy Rafała. Łezki Artura zaczynają skapywać na jego obuwie.

– Przepraszam! – wydobywa z siebie chłopaczek przerażonym głosem.

– Masz buty całować! – wydziera się ojciec. – Co ja ci mówiłem, ty cwelu niemyty? Kiedy się w końcu oduczysz kraść? Całuj buty i błagaj o litość!

Rafał próbuje zaprotestować, ale wydarzenia dzieją się zbyt prędko. Zapłakany Artur nie zniża swych ust do obcych butów. Stawia się i kręci przecząco głową.

– Nie będziesz całował?! Nie będziesz? – pan Szmid chwyta oparcie krzesła, stojącego przy ścianie, i przesuwa krzesło na środek korytarza. Podnosi syna raptownie i przekłada go przez siedzisko. Błyskawicznym ruchem wyjmuje z jeansów skórzany pasek, składa go na pół. Dzieciak próbuje się wyrwać, ale ojciec przytrzymuje go kolanem. Jedno szarpnięcie, ściąga mu spodnie, drugie szarpnięcie, ściąga mu majtki.

Skórzany pas uderza w gołe pośladki z potwornym hukiem, zostawiając na ciele purpurowe ślady. Kolejny cios ląduje nieco niżej, panu Szmidowi trudno dokładnie wycelować. Artur dostaje po udach, drze się z bólu, ledwo łapie powietrze. Pan Szmid traci nad sobą kontrolę, poci się pod pachami, na szyi. Wykonuje następne uderzenia z pasją zawodowego kata, nie zwracając uwagę na przeraźliwe okrzyki dziecka. Na pośladkach zaczynają pojawiać się stróżki krwi. Pas rozbija je, powiększając rany. Gdy zamachuje się nim ponownie, czerwone krople tryskają na białe ściany.

Przestaje dopiero, kiedy Artur zamilka. Chłopaczek dyszy niemiłosiernie, jego całe ciało walczy o przetrwanie. Poddaje się, przestaje stawiać opór. Pan Szmid też potrzebuje odpoczynku. Opiera się o ścianę zziajany.

– Przynieść – mówi tylko do syna.

Artur podciąga spodnie i zsuwa się z krzesła. Nie może podnieść się na nogi. Niezdarnie idzie na czworakach i znika w swoim pokoju.

– Może to go czegoś nauczy – pan Szmid zwraca się do wstrząśniętego Rafała.

Rafał nie odpowiada. Po kilku minutach w korytarzu ponownie pojawia się mały Artur. Porusza się już na własnych nogach, choć potwornie kuleje. Ślamazarne ruchy, kaczy chód. Tym razem doprawione potwornym grymasem bólu na twarzy. Chłopaczek wręcza Rafałowi patriotyczną bluzę Młodego. ”Cześć i chwała Bohaterom”.

Rafał odbiera bluzę i bez słowa pożegnania wychodzi z mieszkania Szmidów.

24.

Czarne sylwetki powstańców wyróżniają się na tle czerwonego dymu. Mimo że wciąż przyjemni w dotyku, wydzielają stęchły zapach potu (Artur pewnie ani razu ich nie prał). Majestatyczna grafika budzi respekt. Choć odzyskanie bluzy, wbrew przypuszczeniom, nie wywołuje u Rafała poczucia dumy. Miało być świętowanie, wygranie z nieuczciwością, rasowa vendetta. Pozostał spory niesmak, a nawet dziwny żal. Jakby nieuczciwość została pokonana przez jeszcze większą nieuczciwość.

Korzysta z czasu, jaki pozostaje mu do szesnastej czterdzieści, czyli do rozpoczęcia iluminacji z okazji rocznicy wybuchu powstania wielkopolskiego. Udaje się do jednej z koziegłowskich aptek.

– Nie widzi pan krzyża na ścianie? – pyta starsza kobieta w białym kitlu po obejrzeniu recepty od Rafała. – Ja o swoje sumienie dbam. O pańskie chyba też powinnam, najlepiej jakbym wyrzuciła ten świstek do kosza.

– Niczym się pani nie różni od psa, który wystawia mandat za przechodzenie na czerwonym świetle.

Rafał gwałtownie wyrywa jej receptę, której przecież nie zdobył w łatwy sposób, wychodzi, trzaskając drzwiami i kieruje się do kolejnej apteki, dwie ulice obok.

– Nie mamy na stanie, ale możemy zamówić na jutro. – Farmaceuta uśmiecha się bezradnie. Przynajmniej pozwala sobie na jakąś ludzką reakcję.

Frustracja, mocne ściskanie zębów. Rafał nie spodziewał się takich męczarni. Już ma zamiar odwiedzić następną aptekę, kiedy otrzymuje wiadomość od Mazola: toster został przekazany i koziegłowskie dresiarstwo wraca na swój rewir. Nie chcąc ryzykować przypadkowego spotkania, Rafał skręca od razu w stronę przystanku autobusowego i obiecuje sobie w duchu, że jego stopa już nigdy w Koziegłowach nie postanie.

25.

Witają się, przybijają piątki. Poznańscy ultrasi zajmują już odpowiednie miejsca wzdłuż ronda Rataje. Niebo spowija mrok. Ulice ogarniają popołudniowe korki, na przystankach autobusowych tłoczą się podróżni. Kłęby spalin, sfrustrowani kierowcy. Rafał staje tuż za blokiem ozdobionym neonem „Osiedle Jagiellońskie” ramię w ramię z Lizolem i Mazolem. Bracia zachowują się niemrawo, jakby przed chwilą wypalili całą plantację zielska.

– Całkiem przyjemne te ziomeczki z Koziegłów – Mazol szczerzy się do Rafała.

– Jarali się, że jesteśmy z Łazarza – wtóruje mu Lizol. – Z szacunkiem wyrażali się o jedności naszej chuliganki. Pewnie przyjadą z nami wypić kiedyś.

Rafał potakuje przez grzeczność, nikt z tamtej ekipy nie zrobił na nim pozytywnego wrażenia. Ani to fajterzy, ani to honorowe typki. Ma ochotę wtrącić trzy słowa, ale niespodziewanie dostrzega Młodego, stojącego za nim, tuż pod blokiem. Trzyma ręce w kieszeniach, całe ciało ma napięte. Trzęsie się z zimna, ale próbuje to ukryć. Patrzy z zawiścią prosto w facjatę Rafała, jakby miał do niego żal o wszystko, co najgorsze.

– Co ty tu robisz? – Rafał podchodzi do niego. – Matka ci pozwoliła?

– Tak – odpowiada Młody, ale Rafał od razu orientuje się, że to kłamstwo.

Strzela go otwartą dłonią po czubku głowy.

– Wymknąłeś się z domu?!

– Obiecałeś mi, że dasz mi odpalić racę!

– Ale wtedy byłeś jeszcze zdrowy! – Rafał grozi mu palcem. – Wracaj natychmiast do domu, bo najpierw ja się za ciebie zabiorę, a potem matka!

– Daj mi tylko racę odpalić!

Nie cierpi niesubordynacji, okłamywania bliskich, zwykłej bezczelności. Ręka wędruje ku górze gotowa wymierzyć siarczysty cios w policzek. Spuści mu manto, młokos pożałuje swojego zachowania. Ręka zbliża się coraz bardziej do twarzy Młodego. Nagle Rafał zatrzymuje ją. Znów widzi zakrwawione pośladki małego Artura, znów słyszy jego donośny szloch. Nie decyduje się na uderzenie. Chwyta Młodego za bark.

– Odpalisz racę w sylwestra, obiecuję ci, słowo honoru. – Podaje mu odzyskaną bluzę. – Zobacz, znów jest twoja. Kto to załatwił? Ja. Ubierz ją zaraz, bo faktycznie wylądujesz w szpitalu. I wracaj do domu. Już. Nie powiem nic matce, jeśli mnie posłuchasz.

Młody spuszcza wzrok na ziemię. Odbiera bluzę i zakłada ją bez słowa.

Nastaje godzina szesnasta czterdzieści.

Miasto zamiera. Zewsząd zaczyna dochodzić wycie syren. Ludzie stają na baczność, samochody zatrzymują się, autobusy i tramwaje włączają światła awaryjne.

Gwałtowne wystrzały odpalanych rac. Jedna po drugiej zapalają się wzdłuż ronda rataje. Rafał staje na baczność, unosi swoją wysoko do góry. To samo robią Lizol i Mazol. Nadąsany Cyprianek patrzy na wszystko, idąc powoli na przystanek tramwajowy. Łańcuch czerwonych pochodni rozciąga się coraz dalej na boczne ulice. Powietrze wypełnia szarawy dym, dzięki któremu iluminacja wygląda jeszcze bardziej okazale.

Choć Rafał nie potrafi tego sprawdzić, ogarnia go pewność, że serca wszystkich Poznaniaków biją w tej chwili równym tempem. Rozpiera go olbrzymia duma, radość z bycia właśnie w tym miejscu, wśród tych ludzi. Wszyscy zebrani formują wspólnie ogromny strumień wdzięczności, przebijający się gdzieś w kierunku zmarłych powstańców.

– Cześć i chwała bohaterom! – skandują kibice, zdzierając gardła.

Huk petard, kakofonia klaksonów.

Wszystko powoli zamilka. Jaskrawe ognie stopniowo wygaszają się. Iluminacja nie trwa nawet dwóch minut. Samochody ruszają. Autobusy i tramwaje wyłączają światła awaryjne. Kłęby spalin ponownie zwracają na siebie uwagę, pasażerowi znów garbią się z zimna na przystankach, na twarzach kierowców znów rysuje się frustracja.

26.

Bierze kufel w usta. Wstrzymując powietrze, łyk za łykiem wpompowuje w siebie złocisty płyn. Odstawia kufel, oblizuje wargi.

– Jeszcze jedno – prosi ukraińską barmankę.

Podoba mu się. W talii troszkę przy kości, ale źrenice niebieskie jak barwy jego ukochanego klubu. Chętnie by do niej zagadał, ale jedyne, co wie o Ukrainie, to historie związane ze Stepanem Banderą.

– Dobre to piwo – mówi do niej, gdy ta stawia na barze kolejny kufel. – Też macie takie dobre piwo tam u siebie?

Ukrainka kiwa głową twierdząco, ale zdecydowanie próbuje go zbyć. Odwraca się i odbiera zamówienie od następnego klienta. Rafał w milczeniu wpatruje się w szereg wilgotnych stempli, pozostawionych przez szklanki. Kręgi splatają się ze sobą, połyskując na drewnianym blacie. Czuje na ramieniu przyjacielski uścisk.

– Ta iluminacja to genialna rzecz – Lizol zmienia temat. – Ostatni raz miałem takie wrażenie, że robię coś wartościowego, jak żeśmy wchodzili na latarnie przed paradą równości i zrywali tęczowe flagi.

Wesołe stwierdzenia nietrzeźwych przyjaciół nie poprawiają humoru Rafałowi. Coraz bardziej przejmuje się tym, że zostały mu tylko dwadzieścia cztery godziny na namówienie Elizki do przyjęcia tabletki „po”. A wciąż jej nie kupił. Co gorsze, Elizka nie odezwała się do niego ani razu od czasu kłótni.

Rafał zostawia na barze banknot stuzłotowy. Wychodzą z lokalu około pierwszej w nocy i starym zwyczajem decydują się na zakończenie wieczoru obaleniem połówki nad Wartą. Kupują butelkę Żołądkowej Gorzkiej w Żabce i udają się ulicą Wielką w kierunku rzeki. Gdy przecinają Garbary, drogę zajeżdża im radiowóz policyjny.

– Panowie nie widzą czerwonego światła? – funkcjonariusz zagaduje ich znad uchylonej szyby. – Proszę na boczek.

– Jakie światła? Jest pierwsza w nocy! – krzyczy Lizol, ale zostaje kompletnie zignorowany.

Radiowóz zatrzymuje się na chodniku, wychodzi z niego dwóch policjantów. Przedstawiają się szybko i niewyraźnie, zbierają od każdego dowód osobisty, oglądają je pod światłem latarki. Lizol nie potrafi ustać spokojnie, drepcze w miejscu podirytowany. Mazol nerwowo przeżuwa gumę, poprawia okulary.

– Nie macie, panowie, lepszych rzeczy do robienia? – ironizuje Rafał.

– Butelka otwarta czy zamknięta? – pyta korpulentny funkcjonariusz o nieco już opadłych policzkach jak u buldoga. Wskazuje na Żołądkową Gorzką.

– Zamknięta oczywiście, panie władzo – oznajmia stanowczo Mazol.

– Szło się pić nad Wartę, co? Race pewnie też sobie dzisiaj odpaliliście. – Buldog robi krótką pauzę. – Jakieś środki odurzające macie przy sobie?

Błyskawiczne spojrzenie na minę Lizola wystarcza, aby Rafał domyślił się, że posiada przy sobie co najmniej pół grama marihuany. Wie o tym też na pewno Mazol. Wspólnie udają jednak, że wszystko jest w najlepszym porządku, kręcą przecząco głowami.

– Pokażcie kieszenie – nakazuje drugi funkcjonariusz, przypominający do złudzenia Pawła Małaszyńskiego.

Mazol po kolei demonstruje każdą kieszeń swojej kurtki. Wszystkie są puste. Rafał robi to samo. Uwagę mundurowych przyciąga receptę na tabletkę „po”.

– Misiu, ładnie to tak? – śmieje się buldog i bezceremonialnie poklepuje Rafała po ramieniu. – Lubię takich progresywnych gagatków, masz swój dowód i spierdalaj.

Moment dezorientacji. Rafał odbiera dokument, ale nie rusza się z miejsca.

– Spierdalaj, ale już! – rzuca do niego sobowtór Małaszyńskiego. – I ty, okularnik, też!

Coś mu nie pasuje, szykuje się dym, oni już muszą wiedzieć o narkotyku. Pewnie wyczuli przez intuicję czy doświadczenie. Rafał decyduje się odejść na parę kroków, w jego ślady podąża Mazol. Dyszą okropnie, spoglądają na przerażonego Lizola.

– Odwrócić się i spierdalać! – krzyczy buldog, a oni odwracają się posłusznie i przyśpieszają tempa. – Teraz ty pokazuj kieszenie, Lizol. Taką masz ksywkę, prawda?

Zza ich pleców dochodzi brzęk rozbijanej butelki wódki, krótkie odgłosy szamotaniny.

27.

Sprzedał najlepszego kumpla. To nie ulega wątpliwości. Jak tchórz odwrócił wzrok, nie zrobił dosłownie nic. To samo zrobił Mazol, ale co z tego? Zachowali się jak ostatnie pizdy, wbili mu nóż w plecy, upokorzyli do granic możliwości. Zdrajcy, konfidenci, judasze.

Co chwilę przewraca się w łóżku, miętoli pościel nogami.

Ta sytuacja z małym Arturem tak go ugrzeczniła. Odebrała mu energię, wybiła z właściwego rytmu. Normalnie rzuciłby się na tych policjantów, powaliłby ich dwoma kopniakami. Mazol rozbiłby jednemu na głowie butelkę Żołądkowej, razem odbiliby Lizola z rąk oprawców. A oni stali zahipnotyzowani, jakby nie ogarnęli, że mają liczebną przewagę.

Poczucie winy zalewa jego sumienie.

Jeszcze się zemści, jeszcze udowodni wszystkim, na co go stać. Rozstawi wszystkich policjantów pod ścianą, rozstrzela ich serią z kałacha.

Emocje opadają około ósmej nad ranem. Rafał zasypia, gdy przez zachmurzone niebo przebijają się jasne promyki słońca.

28.

Podrywa się z łóżka. Serce wali mu jak młot gdzieś na wysokości krtani.

Spogląda na zegarek. Zbliża się piętnasta.

Przeklina głośno. Ubiera się w pośpiechu i wybiega z domu.

Obskakuje dwie najbliższe apteki, ale w każdej, ku jego zaskoczeniu, informują go, że nie przyjmują recept drukowanych z internetu. Kipi złością, wyzywa farmaceutów od politycznych dziwek. A może go oszukała, ta Sandra-srandra? Nie ma żadnych zagranicznych recept, to wszystko to szopka, jasełka z kucającym osiołkiem? Byle tylko uprzykrzyć mu życie, zemścić się. Wychodzi z siebie, wchodzi do kolejnej apteki. Tym razem farmaceuta bez szemrania odbiera wymiętoloną receptę i powraca z pudełkiem zawierającym cudowną pigułkę. O co w tym wszystkim chodzi? Czy w tym kraju zrobiono coś kiedyś z sensem? Poczucie ulgi przeszywa ciało Rafała, który jednak nie wie, czy wyściskać aptekarza z wdzięczności czy jednak strzelić mu z pięści w ryj w ramach odreagowania.

Poprzestaje na wyłożeniu gotówki na ladę.

29.

Drzwi rozsuwają się automatycznie, otwierając przed nim świat Biedronki. Wkracza do środka, ale nie sięga po koszyk, nie rozpoczyna spaceru między półkami przepełnionymi produktami. Wzrokiem poszukuje Elizki i w mgnieniu oka dostrzega ją, beznamiętnie skanującą zakupy ustawionych w rządku klientów. Rafałowi wydaje się, że robi to tak beznamiętnie, że gdyby podrzucić jej pod skaner niemowlaka, zeskanowałaby i jego. Zaraz w duchu przeklina swoją podświadomość za myśl o niemowlaku.

Postanawia wykorzystać głębokie zadumanie partnerki. Pochwyca pudełko Raffaello i ustawia się w kolejce do obsługiwanej przez nią kasy. Po chwili Elizka skanuje jego cukierki, nawet na niego nie zerkając.

– To dla ciebie – wyjaśnia Rafał. – Nawet na mnie nie spojrzałaś.

Elizka podnosi wzrok. Wydaje się zaskoczona, choć bardziej tym negatywnym typem zaskoczenia.

– Masz sekundę? – Rafał wręcza jej odliczone pieniądze za Raffaello. – Nie możesz mnie ignorować w nieskończoność. Musimy pogadać.

– Zaraz mam przerwę.

Rafał doskonale zdawał sobie z tego sprawę już wcześniej.

Spotykają się na tyłach sklepu przy rampie dla tirów. Miejsce romantyczne w sam raz, aby zapalić papierosy i porozmawiać o swojej mglistej przyszłości. Na włosy kapią im wątłe kropelki deszczu zmieszane z breją przypominającą śnieg.

– Gdzie idziesz na sylwestra? – Elizka pyta napastliwie, z wrogością w głosie.

Rafała zatyka. Denerwuje go poruszanie nieistotnych tematów.

– Obiecałem Młodemu, wiesz? Odpali racę na sylwestra na Łazarzu. To jego największe marzenie – odpalić racę. W inne dni to jest raczej karane.

– Czyli na Łazarzu – Elizka nie ukrywa pogardy. Zaciąga się papierosem. – Oczywiście, nawet mnie nawet nie spytałeś, gdzie ja bym chciała iść na sylwestra.

– Naprawdę chcesz teraz pierdolić o takich farmazonach? – Rafał zaczyna się irytować. – Wytłumacz mi lepiej, czemu się nie odzywałaś do mnie przez ten cały czas.

Brak odpowiedzi, wzrok opuszczony w ziemię.

– Teraz też nie będziesz mówić? To ja to wyjaśnię za ciebie. Myślałaś, że zyskasz na czasie, że miną trzy dni i będziesz mnie szantażować: „Musisz ze mną zostać, bo zaszłam w ciążę”.

Oczy Elizki wilgotnieją. Ostentacyjnie obraca głowę, wydmuchuje dym z papierosa.

– Myślałaś, że będziesz sobie ze mną tak pogrywać, co? Wszystkiego się chwycisz, byle ze mną być! Mam dosyć twoich chorych akcji.

Nie umie znaleźć żadnego odpowiedniego słowa, nie ma w sobie żadnej celnej riposty. Zamyka powieki, uwalniając kilka łez. Ociera policzki.

– Jesteś, jak taki wrzód na dupie. – Rafał coraz bardziej podnosi głos. – Myślisz tylko o sobie. Powinnaś iść się leczyć.

Pociąga nosem, zaczyna się cała trząść. W końcu eksploduje płaczem.

– Ja tylko pomyślałam… – mówi, połykając łzy, – że chciałabym mieć z tobą dziecko.

Rafał podstawia jej pod nos pudełko z tabletką „po”. Biały kartonik z fioletowymi literkami doprowadza Elizkę to zupełnej rozpaczy. Przykrywa dłonią oczy, jakby w nadziei, że gdy je odkryje, ta cała upokarzająca chwila rozpłynie się w niebycie. Niestety, nie znika Rafał, nie znika pudełko. Waha się przez moment, sięga po nie swoją trzęsącą się dłonią, czyta instrukcje rozpisane na bokach kartonika.

– Weź to natychmiast, nie każ mi prosić dwa razy – naciska Rafał.

Elizka wyjmuje ze środka srebrną tarczę w kształcie ośmiokąta. Na jej środku znajduje się niewielkich rozmiarów, śnieżno-biała tabletka.

– Nie sądziłam, że aż tak mnie nienawidzisz – oznajmia cicho, po czym wydobywa tabletkę z plastikowego opakowania.

Wrzuca ją do ust. Przełyka.

Pokazuje Rafałowi środkowy palec, ciska w niego białe pudełko, rozdeptuje resztki papierosa o ziemię i odwraca się na pięcie. Jej przerwa dobiega końca. Czas wracać do pracy.

Mimo że ponownie dopina swego, Rafał znów nie odczuwa ulgi. Znów coś nie pozwala mu cieszyć się sukcesem.

30.

Prawdziwy mężczyźni nie płaczą, nie ronią nawet łzy. Tak zawsze mówiono mu na podwórku. Upadek z trzepaka, faul na boisku – prawdziwy mężczyźni nie płaczą. Zakrwawione kolano, stłuczony łokieć – nie becz, jesteś facetem. Dzwonią mu te słowa w głowie, huczą. Stara się trzymać wytycznych, choć przy matce wydaje się to niemożliwe.

– Mamo… – Bierze głęboki oddech. – Wyrzucili mnie z roboty.

Matka siedzi przy kuchennym stoliku, oplatając dłońmi kubek herbaty. Pomieszczenie wypełnia gryzący zapach po schabowych, które zostały zjedzone na obiad. Zlew wypełnia stos nieumytych naczyń.

– Za co? – pyta po chwili ciszy.

– Musisz mi uwierzyć, że chciałem wszystko jak najlepiej. Szef się uwziął.

Matka potakuje i wypija łyk herbaty.

– To była twoja najlepsza robota, jaką miałeś.

– I najlepiej płatna.

– Dobrze, posłuchaj… – Matka zachowuje spokój. – Zapytam Lucynkę, może zatrudnią mnie dodatkowo przy sprzątaniu w szkole na jakiś czas…

Coś w nim pęka. Nie wytrzymuje. Schyla głowę nisko, łzy wypływają spod jego powiek. A może mężczyźni również płaczą, tylko prawdziwie męskimi łzami? Nie marze się, nie przeciera zalanych powiek. Pozwala sobie na pojedyncze, soczyste łzy, patrząc na skrawek ciemnego nieba za oknem.

– Czy czytałeś tę książkę, którą ci kupiłam na gwiazdkę?

Przechodzi mu przez myśl, że może jednak ją przeczyta, może to w czymś pomoże.

– Nie chcę, żebyś wracała do sprzątania – oznajmia i obraca się, aby usiąść na taborecie. – Trzeba ustalić, co robić. Nowy rok, nowy początek.

Nogi taboretu rozjeżdżają się na boki. Rafał traci równowagę i z hukiem upada na podłogę.

rgb scena trzecia

31.

Rozbija nogi taboretu o kolano. Ze wściekłością ciska nimi w środek ogniska. Latają drzazgi, dres nieco się zabrudza. Daje upust złości, symfonia przekleństw wydobywa się z jego gardła. Obserwuje go grupka rozbawionych mieszkańców, stojących na chodniku, ludzie w oknach kamienic.

– Szczęśliwego nowego roku, kurwa! – wykrzykuje Rafał, a jego reakcja spotyka się z gromkim aplauzem.

Zaraz po nim jego sąsiad z niższego piętra dorzuca do paleniska, roznieconego na środku ulicy, stary stolik. Spróchniałe drewno szybko zostaje pochłonięte przez języki ognia. W tle słychać utwory disco polo, na niebie pojawiają się pierwsze rozbłyski fajerwerków.

Łazarski sylwester.

Swoista tradycja trwająca od ponad piętnastu lat. Wszystko zaczęło się od pewnego sklepikarza, który w noc sylwestrową spalił na jednej z ulic stos nieaktualnych kalendarzy. Sąsiedzi spontanicznie dorzucili swoje rzeczy i tak powstał łazarski zwyczaj palenia mebli na przywitanie nowego roku. Przedsięwzięcie niemal zahaczające o artystyczny performance.

Grupka studentów rozdaje plastikowe miseczki domowego żurku. Rafał decyduje się na skorzystanie z okazji i przygotowanie dobrego podkładu pod wódkę. Gdy dmucha w łyżeczkę gorącej zupy, podchodzi do niego zakapturzony Mazol.

– Jeszcze go nie wypuścili – informuje na przywitanie.

– Jebana psiarnia. – Rafał raczy się żurkiem.

Temat urywa się tak prędko, jak się pojawił.

– Wiesz, słyszałem, że Pedo przejął nasze obowiązki. – Mazol pozwala sobie na parsknięcie śmiechem. – Teraz on rozwozi książki po księgarniach.

– I tak miałem dosyć tej pierdolonej roboty – kłamie Rafał.

Mieszkańcy łazarza zaczynają tańczyć wokół ogniska.

– Jebać kurwy z Łazienkowskiej, hej, hej! – roznosi się śpiew.

Piją szampana z gwinta, śmieją się głośno. Rafał dołącza do starych znajomych z podstawówki. Rozmawiają o piłce nożnej, leją kolejne plastikowe kubeczki alkoholu. Gdzieś przewija mu się nikła postura Młodego. Ubrany w odzyskaną bluzę, chwali się przed kolegami swoją nową racą.

Pięć minut do północy. Na okolicznych ulicach i sąsiednim skwerku zebrało się około dwustu osób. Otoczenie ponurych kamienic nie przeszkadza im w wybornej zabawie. Wręcz przeciwnie. Sprawia, że czują się, jakby ubarwiali swoje cztery kąty, zamieniali Łazarz w przyjemniejsze miejsce do życia. Mazol wręcza Rafałowi szampana, a ten prosi go, aby pomógł Młodemu w odpaleniu racy. Wkroczenie w dwa tysiące osiemnasty ma się dla niego odbyć bez niepotrzebnych łez.

Niespodziewanie, z tłumu, z ogniskowego dymu, wyłania się Elizka. Niczym bogini, celebruje każdy swój krok, pozwalając mimowolnym świadkom na podziwianie zgrabności swoich nóg. Idzie prosto w stronę Rafała otoczonego wianuszkiem kolegów, przygotowującego się do wybicia północy.

– Rafał – mówi. Płomienie odbijają się w jej oczach. – Musimy porozmawiać.

– Nie musimy – ucina głośno Rafał, wprawiając znajomych w konsternację.

– Jestem w ciąży. Zrobiłam test.

Nikt z zebranych nie jest w stanie ocenić, czy powinni pogratulować czy jednak wyrazić współczucie. Rafał przeprasza wszystkich i odciąga Elizkę na bok. Wciąż trzymając w garści szampana gotowego do wystrzału, pyta podejrzliwie:

– Nie za wcześnie na takie rewelacje? Ile minęło od seksu?

– Sześć dni. Zrobiłam trzy różne testy, podobno działają po sześciu dniach, tak napisali na opakowaniach. Wszystkie pokazują, że jest ciąża.

– Ale tabletka…

– Ona działa NAJPÓŹNIEJ do siedemdziesięciu dwóch godzin. Spóźniliśmy się.

Zakręca mu się w głowie. Zupełnie jej nie wierzy, to oczywiste, że każde jej słowo jest kłamstwem.

– Drodzy panowe, drogie panie – głos zabiera łysy chłopak z megafonem, – zaczynamy, kurwa, odliczanie.

– Dziesięć, dziewięć… – skandują zebrani.

– Rafał. – Elizka chwyta go za twarz. Spogląda na niego złowrogo, z pełną satysfakcją. – Urodzę to dziecko i wycisnę z ciebie każdy grosz na alimenty.

Na niebie rozpoczyna się kanonada fajerwerków.

– Dwa tysiące osiemnaście! – łysol wydziera się przez megafon. – Wszystkiego najlepszego, kochajmy się każdy ze sobą!

Wszystko zaczyna mu się wydawać sztuczne, fałszywe. Elizka, ognisko, ponure kamienice, nowy rok, aresztowanie Lizola, jego całe życie. Zbiera mu się na wymioty, żurek na współkę z alkoholem próbują się z niego wydostać. Zupełnie nagle, wśród licznych łazarskich penerów, Rafał rozpoznaje pociągłą twarz penera z Koziegłów. Nie może być prawdziwa. Ich spojrzenia spotykają się. Towarzyszy mu dwóch ziomków z osiedla. Musieli go szukać albo to tylko jego wyobraźnia. Kiedy chudy go dostrzega, od razu zaczyna iść w jego kierunku. W dłoniach trzyma feralny toster.

– Szczęśliwego nowego roku – szepcze na pożegnanie Elizka.

– Szczęśliwego nowego roku! – wita Rafała chudzielec z Koziegłów. – Ziomek, kurwa, ten toster nie działa. Gdzie jest ten okularnik?

Złowrodzy dresiarze otaczają Rafała, który wciąż trzyma w gotowości butelkę szampana. Z jakiegoś powodu wydaje mu się, że korek już wystrzelił, choć wciąż ściska go mocno palcem wskazującym.

– Ktoś coś przy nim majstrował, nie ma tych grzałek w środku.

Rafał znajduje się w zupełnym stuporze. Ziemia zniknęła spod jego stóp, on unosi się gdzieś na niebie, wśród tysięcy rozbłysków sztucznych ogni.

– Naprawiasz to, kolego, czy dajesz nam trzy stówki?

W stanie nieważkości zauważa dryfującego na tle księżyca Mazola. Ma na sobie swoją ulubioną czerwoną bluzę, kaptur powiewa mu na wietrze, choć podobno w kosmosie nie ma wiatru. Nie otwiera ust, ale wyraźnie przemawia do niego, tłumaczy się: „potrzebowałem do swojego projektu, wiesz, toster w komputerze, odpalisz go za pomocą aplikacji, ludzie będą za to płacić miliony złotych”. Rafał chce go rozszarpać na strzępy, ale Mazol żegna się skinieniem ręki, odpływa, wykonując majestatyczne ruchy, na drugą stronę księżyca.

Wściekły obraca się wokół siebie, odnajduje wzrokiem czerwoną pochodnię. Na tle czarnego kosmosu wygląda przepięknie. Drży, przewodząc ogromną energię, iskry tańczą, rozpryskują się na boki. Zbliża się do niej, a w zasadzie do Młodego, który ściska jej trzonek swoją drobną rączką.

– Rafi, zobacz! – Pęka z dumy. – Sam odpaliłem tę racę!

– Daj mi bluzę – odpowiada Rafał. – Zdejmuj bluzę natychmiast.

Młody wybałusza oczy ze zdziwienia, ale orientuje się, że jego starszy brat nie żartuje. Kładzie racę na chodniku i posłusznie oddaje Rafałowi patriotyczną bluzę. Tę, o której odzyskanie Rafał walczył tak długo. Tę, przez którą stracił już tak wiele.

Konstelacje gwiazd układają się w surowe twarze powstańców. Patrzą na niego z góry, niczym architekci całego wszechświata. Rafał oddawał im jednak cześć już tyle razy, że nie boi się ich reakcji. Tkwi w nim głębokie przekonanie, że mu wybaczą.

– Poznajesz tę bluzę, lamusie? – zwraca się do chudzielca z Koziegłów. – To od niej się wszystko zaczęło.

Wypowiedziawszy te słowa, zbliża się do słońca na wyciągnięcie ręki. Jego żar opala mu twarz, czuje jego niszczycielską moc. Wyrzuca przed siebie patriotyczną bluzę Młodego, która chwilę dryfuje w nicości, a następnie zostaje pochłonięta przez eksplozje potężnej plazmy. Ogień wyszyty na bawełnianych niciach wtapia się w ogień prawdziwy.

– Co robisz?! – słyszy przeraźliwy krzyk Młodego.

Nawet chudzielec wydaje się zaskoczony. Jego zaskoczenie przeradza się w nieziemski szok, gdy Rafał w amoku wyrywa mu toster z rąk i również jego poświęca słonecznym żywiołom. Dostojne macki ognia pożerają srebrzyste urządzenie, a Rafał jeszcze długo wpatruje się z satysfakcją, jak wykonują swoją morderczą robotę.

– Wrzucił toster do ognia! – słyszy za plecami przerażone głosy.

Na ścianach kamienic odbija się łuna niebieskich świateł. Razi go po oczach. Wóz strażacki, wielkości całej galaktyki, przeciska się między mieszkańcami Łazarza. Strażacy pokrzykują zza uchylonych okien, wysyłają pojedyncze sygnały swoją syreną.

– Wypierdalać, wypierdalać! – skanduje tłum w ich kierunku.

Ludzie, jak co roku, blokują im przejazd, nie pozwalając, aby rozpalone łazarskie słońce zostało zgaszone. Jak co roku, strażacy wezwą policję, a białe kaski przyjadą zaprowadzić porządek. I znów wygra większa nieuczciwość.

Rafał staje z chudzielcem twarzą w twarz. Mierzą się morderczymi spojrzeniami, przykładają pięści do podbródków.

– Taki z ciebie bohater? – prowokuje go dresiarz z Koziegłów.

– Jesteś na moim terenie, skurwysynie. Uważaj!

Już ma dojść do bójki, kiedy dostrzegają kordon policjantów, wyłaniający się zza wozu strażackiego. Zgraja bezimiennych kundli. Zasłonięte twarze, czarne pałki, ogromne tarcze. Straszą niewinnych mieszkańców, przepędzają kobiety i dzieci. To oni zabili kibola Cracovii, to oni bezprawnie zamknęli Lizola. To oni reprezentują arogancję władzy.

Pałowanie niewinnych, skradzione bluzy, czerwone światła, średniowieczne apteki, bezsensowne reformy oświaty, szkalowanie kierowców Ubera, śmieciowe umowy o pracę, patologiczne rodziny, niezrównoważone kobiety, ogólny brak miłości.

Kto jest winny?

Krew buzuje w żyłach Rafała. Wszystko sprowadza się do tego momentu. Cały gniew, cała frustracja. Spogląda w oczy chudzielcowi, on widzi to samo, on czuje to samo.

– Trzeba walczyć o ważniejsze rzeczy. – Rafał styka czoło z jego czołem.

Dookoła zaczyna panować absolutny chaos. Wyzwiska, groźby, błagania o litość.

– Trzeba napierdalać – odpowiada chudzielec.

Wzywają ich karty historii. Nadchodzi czas bohaterów, czas prawdziwych powstańców. Równowaga we wszechświecie musi zostać zachowana.

Obracają się i spoglądają prosto w olbrzymią czarną dziurę, która pochłania ich ulicę, cały Łazarz, całą Polskę. Rafał zawiązuję chustę wokół swojej pięści, spluwa na ziemię. Zaciąga szalik na nos, podnosi z ziemi kamień.

Nie ma w życiu nic piękniejszego, niż podjęcie walki.

Odrywa stopy od ziemi i z bojowym okrzykiem rusza na oprawcę.

KONIEC

Tekst: Gustaw Laskowicz

Ilustracje: Kinga Poznańska

Reklamy